Tresc Poranki były wiecznie suche. W tej części Wenecji znad wody ciągnęło powietrze niszczące skórę i łzawiące oczy. Każdy poranek był taki sam. Aż chciało mu się rzygać, z tym, że miał wątpliwość czy to nie przypadkiem przez alkohol uderzający mu do głowy.
Dupa w kant na drewnianym parapecie wielkiego okna na centrum miasta. Papieros ledwo trzymający się skostniałych, zimnych palców, czerwona satynowa pościel jak krew ozdabia co raz to inne nagie i piękne ciała leżące na jedynym chwilowo meblu tego ogromnego mieszkania, poza wanną. Tak bardzo musiał chciał i był subtelnie zajętym kochankiem. Musiał nim być. Poza obrzydzeniem do wyrafinowanej i kruchej fizycznej miłości istniała jeszcze potrzeba rozwoju i parcia w górę w tym zasranym mieście. Zaciągnął się i spojrzał za okno.
Pierdolona Wenecja.
Na tym osiedlu niemal codziennie ktoś ginął. Trup z rozprutym brzuchem leżał w piwnicy i jak super-niania czekał, aż dzieciaki nie pilnowane przez swoje burżuazyjnie zaćpane matki przybiegną pobawić się zwłokami.
W niedzielne wieczory w pubach i barach siedzi tylko elita, tylko ci, którzy nie muszą budzić się z poniedziałkowym porankiem, z bólem głowy i krwią na nogach. Bywały tu tylko kobiety, do których żaden śmiertelnik nie mógł wyciągnąć dłoni. I to go tak strasznie podniecało. On, rasowa barowa ćma i te wyrafinowane suki z najwyższych sfer. I tak wiedział, że nigdy go nie dogonią, wiedział, że nikt nie doprowadzi ich ust do spazmatycznych drgań BARDZIEJ, nikt nie zasłoni ich przymrużonych oczu wargami LEPIEJ, nikt nie wysłucha historii jednego oddechu w którym zawarta jest najbarwniejsza katatonia życia.
Już wtedy myślał, że mógłby być Panem Świata.
* * *
- Wiesz jak to jest, kiedy Twoje zmrożone palce dotykają oszronionej szyby i zamiast rozpuszczać na niej swoją linię, kostnieją i zastygają pięknie, jak te zlodowaciałe krople pary wodnej? -wstał, nagi, z papierosem w ustach i szklanką ginu w dłoni. Odkręcił kurki w wannie- nie masz pojęcia suko. -ciągnął swój monolog- nie wiesz też, jak to jest, kiedy chowasz pod dłońmi spłoszoną dziewiczość świata, nie wiesz, kiedy trzeba zniknąć, żeby nie spotkać magika, który jak dziecko w cyrku, Ciebie też omami. -spojrzał na wystawkę przeróżnych flakonów z płynami i solami kąpielowymi. Rudowłosa piękność w czerwonej satynie leżała bez słowa i przyglądała mu się, łapczywie pochłaniając każdy, nawet najmniejszy centymetr jego ciała- Nie wiesz nawet w chwili obecnej, czy jesteś głodna czy nie, nieprawdaż? Nie wiesz, jaka jest pora roku. Monique, powiedz mi, jaki dziś dzień tygodnia? -jego słowa ociekały gęstą mieszanką dymu wprost z płuc, ironii, miodu, krwi, potu i gorzkich lukrecji.
-Przestań. - miała niski głos. Troche przypominający dźwięki wydawane przez umierające zwierzęta z poderżniętym gardłem. Kwilący niski pomruk, pragnący być seksowną zwierzęcością, będący jednak, szczególnie w uszach Nino, jedynie znienawidzonym dźwiękiem harmonijki ustnej.
- Chcesz wiedzieć? -wlewał po kolei co tylko się da, do wanny- jest Środa Monique.
- Nienawidzę dziś Twoich perfum. Nienawidzę kształtu ust i dźwięku uciekających z ciebie krótkich oddechów. Nienawidzę Cie jeszcze bardziej. Co chwilę. Co minutę. Cały czas. - wyrzuciła jednym tchem, jakby sama bojąc się tego co powiedziała. - nie wiem. Nie wiem jak zatrzymać Twoje słowa, nie wiem jak cie wypluć z ust, jak wyrzucić z krwiobiegu.
Nino wszedł do wanny i zanurzył po barki. Dopalił papierosa i zgasił go na drewnianej podłodze.
- Chodź tu. -polecił.
Nie byłą w stanie się sprzeciwić. Nie ona. Nie jemu. Była przecież taka wyjątkowa, że zwrócił na nią uwagę. Nie istniał cień możliwości aby zignorowała jego polecenie. Przecież nie chciała by odszedł. Nie przeżyłaby tego. Był jej potrzebny jak powietrze. Był narkotykiem idealnym.
- Weź wino. -dodał zakręcając kurki. Oparł się o wyprofilowaną ściankę wanny i przymknął oczy. Dwieście dziesięć litrów pojemności, pięćdziesiąt osiem kilogramów i pięćdziesiąt dwa. Sto litrów wody, margines dwóch wylewnych, nalać nieco ponad połowę.
Smukłą dłonią sięgnęła po zieloną butelkę i dwa kieliszki. Zanurzyła w wodzie stopę, po czym usiadła tuż przed nim obserwując swobodny ruch jego palców, odgrywających na brzegu wanny swoją własną melodię.
Powoli wyciągnął dłoń, ujął cienką nóżkę kieliszka i powąchał subtelny trunek. Torres, wytrawne.
- Nino... -zaczęła cicho, zanurzając dłoń i gładząc go po kolanie- czy musisz odchodzić..?
- Monique.
- Nie mów do mnie tak oficjalnie... -żachnęła się.
- Nie poniżaj się. -napił się wina.
Długo milczeli pijąc wino. Woda zupełnie już wystygła, jej skóra nabrała swoistej struktury zmarszczek topielca. Nino spokojnie wyciągnął korek z wanny. Podniósł się lekko i uklęknął przed nią opierając dłonie po obu stronach jej głowy.
- Dziś to ostatni raz Monique. -ich usta dzieliło kilka milimetrów- do czego jesteś w stanie mnie sprowokować?
Chwilę zajęło jej przełknięcie jego słów. Mechanicznie, jakby bezmyślnie objęła go w pasie i przyciągnęła do siebie.
- Nie pozwalam Ci odejść. -w ten sposób zamknęła sobie drzwi przed nosem.
* * *
Dwanaście minut, żeby się ubrać. Cztery, żeby spalić trochę papierosa. Siedem, by napawać się jej łzami, spadającymi w kweresie szelestów czerwonej pościeli i trzasków łamanych zapałek, kiedy próbowała zapalić swojego papierosa. Trzy na zebranie ostatnich oddechów wyszeptanych tu bezsłownie przez te wszystkie miesiące, lata, wieki. Dwie by zejść po schodach zasranej kamienicy na obrzeżach centrum.
Ulice jak co dzień śmierdzą rybami.