Tresc Na niebie nie było żadnej chmury a słońce paliło wyschniętą na pieprz ziemię. Na środku piaszczystego pustkowia zniszczonego przed laty wojną leżało miejsce gdzie nie istniała sprawiedliwość. Do Miasteczka po środku niczego przybył mroczny Wędrowiec. Człowiek o niejasnej przeszłości doświadczony wojną kroczył powoli naprzód. Długie, czarne włosy okrywały mu twarz na której trzymał się kilkudniowy zarost. Postawna sylwetka nieznajomego, okryta w czarne skóry, budziła strach i respekt wśród mieszkańców. Stawiał kroki powoli strudzony drogą a ciężkie, czarne buty zostawiały ślady na jedynej ulicy miasteczka. Przyniósł ze sobą dwa lśniące Desert Eagle kaliber 0.44 skrywane pod kurtką, kilka zapasowych magazynków oraz nóż wojskowy. Tuż po przekroczeniu granicy Miasteczka ujrzał szubienicę a na niej powieszonego mężczyznę. Podszedł bliżej i spojrzał na twarz wisielca. Stał tak w słońcu przed gnijącym już trupem. Dookoła rozchodziła się woń rozkładających się zwłok a wokół poruszała się gęsta chmura pastwiących się much. Nieboszczyk miał sine usta przy których widoczna była strużka skrzepniętej krwi ciągnąca się od kącika po szyję i otwarte oczy, w których widać było jeszcze strach przed śmiercią. Wędrowiec przyglądał się bez ruchu na wiszące zwłoki. Lekki powiew wiatru odsłonił nieco jego twarz zdradzając tym samym istnienie pojedynczej łzy spływającej po policzku. Nieliczni tubylcy patrzyli na niego z daleka nie wiedząc czego można się spodziewać. Zwykły ludzki strach nie pozwalał im się zbliżyć do tajemniczego przybysza. Po dłuższej chwili wyciągnął nóż i odciął trupa kładąc go ostrożnie na ziemi. Klęcząc na ziemi zamknął mu oczy i przytulił mocno. Wtedy usłyszał głos jakiegoś mężczyzny stojącego przed nim.
- Znałeś go? – spytał mężczyzna.
- Tak. – odparł lakonicznie Wędrowiec a po chwili milczenia dodał – wiesz kto mu to zrobił?
- Padł ofiarą układu. Ty możesz być następny bo Szeryf zakazał go odcinać dopóki ciało samo nie opadnie.
- Jakiego układu? – spytał wędrowiec patrząc cały czas na ciało.
- Mamy dwóch decydentów którzy rządzą tym miastem. Szefa miejscowego gangu Billa oraz Szeryfa. Jedyna różnica między nimi to odznaka. Mają całe Miasteczko pod kontrolą i nikt nie może się im przeciwstawić a ten nieszczęśnik którego odciąłeś był przestrogą dla mieszkańców. Wykorzystują nas do ciężkiej pracy a ten człowiek chciał...
- Później mi opowiesz – przerwał podnosząc głowę – idź teraz i zabierz swoich bliskich w bezpieczne miejsce bo dziś ta ziemia spłynie krwią
Podniósł się powoli z kolan trzymając na rękach ciało i poszedł w kierunku cmentarza po drugiej stronie miasta.
Tym czasem w miejscowym barze „Poko Loco” o wielkim neonie nad wejściem na którym P się nie świeciło a C lekko iskrzyło, odbywało się spotkanie na tak zwanym szczycie. Gangster Bill oraz Szeryf dzielili się wpływami na lokalnych terenach oraz ustalali podziały zysków ze wszystkich dochodowych interesów. W tym dniu można było spotkać tu największych oprychów z okolicy, zarówno tych z odznaką jak i bez. Od lat Bill i Szeryf współpracowali razem mając pod kontrolą całe miasteczko. Rozmawiając o interesach nie mieli nawet bladego pojęcia że do miasta wraz z Wędrowcem nadciągnęły poważne zmiany – z resztą nikt nie mógł o tym wiedzieć. Tydzień przed przybyciem nieznajomego odbył się proces – jeśli tak to można nazwać – pewnego mieszkańca. Był to jeden z nielicznych który postanowił walczyć z układem. Jednak jego wysiłki skończyły się szybko. Szeryf oskarżył go o absurdalne przestępstwo którego nie popełnił i jeszcze tego samego dnia został stracony na szubienicy. Na nieszczęście dla Szeryfa i Billa tenże człowiek był bratem żołnierza z elitarnego oddziału komandosów do zadań specjalnych na froncie. Po wojnie postanowił odnaleźć brata jednak było za późno. Odnalazł jedynie zwłoki gnijące na słońcu.
Do baru wbiegł młody chłopak który był na usługach Billa informując go że ktoś odciął ciało z szubienicy.
- Szeryfie... – powiedział spokojnie Bill – ...zrób z tym porządek to twoja działka.
Szeryf pstryknął palcami i u jego boku pojawił się obszerny mężczyzna ze strzelbą.
- Weź kilku chłopaków i zrób z tym porządek. – powiedział lekko podenerwowany.
Z baru wyszło pięciu dryblasów z odznakami i strzelbami w ręku. Stanęli murem na głównej ulicy. Żar lejący się z nieba wyciskał z nich pot którego nie nadążali wycierać. Cała ulica była pusta jednak mieszkańcy obserwowali z ukrycia to co dzieje się przed barem. Kilkadziesiąt metrów przed ludźmi Szeryfa szedł Wędrowiec niosący ciało swego brata. Czekali aż podejdzie bliżej a gdy był już około dziesięciu metrów przed nimi jeden z nich który stał po środku krzyknął:
- Hej przybyszu! Popełniłeś przestępstwo odcinając skazanego. Jesteś zatrzymany!
Ten zaś stanął i podnosząc głowę spytał posępnym głosem
- Od kiedy szacunek dla zmarłych jest przestępstwem?
- Od wtedy kiedy Szeryf tak powie. Albo się dostosujesz albo skończysz jak to ścierwo. Nie masz pojęcia jak wierzgał gdy wypychałem mu beczkę spod nóg.
Po tych słowach dał się słyszeć szyderczy śmiech pod nosami „stróżów prawa”. To spotęgowało i tak potężny już gniew Wędrowca. Położył ostrożnie ciało na piaszczystej ulicy i odsłaniając twarz spomiędzy włosów powiedział:
- Wasze dni dobiegły dzisiaj końca.
Mówiąc to patrzył w oczy ich liderowi przenikliwym spojrzeniem demona pałającego nienawiścią i żądzą krwawej zemsty. To spojrzenie wywołało dreszcze na ich plecach i uczucie strachu. Wtedy wszyscy stracili pewność siebie a uśmiechy im opadły. Jeden z nich zdążył przeładować broń lecz spod skórzanej kurtki Wędrowca wyłoniły się dwa lśniące Deserty z pełnymi magazynkami. W trakcie gdy pierwszy z napastników podnosił strzelbę do strzału pierwsza kula rozbiła mu czaszkę odkrywając kawałek mózgu. Mięso padło na ziemię. Ułamek sekundy później drugi pistolet roztrzaskał głowę nieudolnego „stróża prawa” który spudłował. Wtedy Wędrowiec schował się za stary wrak samochodu stojący obok. Nad głową świsnęły mu kule trzech pozostałych goryli. Słysząc że przeładowują broń wychylił się i postrzelił kolejnych dwóch w serce i w ramię. Ostatni który okazał się katem skazańca schował się za betonowy słup budynku leżącego naprzeciw „Poko Loco”. Widząc to były komandos wyszedł z ukrycia i szedł prosto na słup celując doń oboma pistoletami. Widząc każdą próbę wychylenia lub ruchu zza filaru strzelał w róg obijając kawałeczki gruzu odcinając tym samym drogę ucieczki. Gdy już doszedł do słupa schował pistolety do kabury. Za filarem był już tylko człowiek przerażony który pragnął utrzymać się przy życiu lecz teraz było już za późno. W akcie ostatecznej desperacji wychylił się zza obstrzępionego rogu opuszczając strzelbę w kierunku przybysza lecz ten uchylił się przed strzałem odpychając ją na bok a następnie sprytnym ruchem łapiąc za strzelbę obrócił ją w stronę złoczyńcy i pociągnął za spust przenosząc tym samym cały mózg na ścianę gdzie powstała olbrzymia, czerwona plama. Reszta ciała opadła na kolana a następnie upadła twarzą na lewy but Wędrowca. Strząsając resztki ścierwa, rzucił strzelbę na ziemię i przeładował puste Deserty. Podszedł do jedynego jeszcze żyjącego napastnika z wielką raną w ramieniu. Odrzucił jego strzelbę daleko i złapał go za gardło jedną ręką, drugą zaś przystawił mu pistolet do skroni. Przemówił zimnym głosem.
- Powiedz gdzie jest Szeryf a pozwolę ci żyć.
On zaś z trudem wykrzesał z siebie:
- W... barze... z... Bi...llem.
Na te słowa patrząc głęboko w oczy ofiary Wędrowiec odpowiedział:
- Kłamałem.
W mgnieniu oka na twarzy rannego pojawił się paniczny strach, taki sam jaki zastygł na twarzy wisielca. Rozległ się huk i kolejna głowa została rozbita. Ruszył w kierunku baru ściskając mocno oba pistolety w dłoniach płonąc gniewem.
W barze nastąpiło wielkie poruszenie po tym co przed chwilą się stało. Szeryf i Bill zbledli ze strachu bowiem najlepszych pięciu strzelców Miasteczka zamieniło się w mięso armatnie. Na zewnątrz słychać już było wolne miarowe kroki Wędrowca zbliżającego się do wejścia. Większość ludzi Billa zrozumiała że jedyna droga do przetrwania wiodła przez małe drzwiczki na zapleczu. Bar prawie opustoszał gdy otworzyły się z hukiem rozbijane nogą drzwi wejściowe. Pojawiła się postać Wędrowca rzucającego wielki cień na ziemię. Naprzeciwko zobaczył barmana wyciągającego obrzyna zza lady. Nie zdążył jednak wystrzelić bo jego zwłoki bezwładnie opadły, po strzale z Deserta, na szklaną półkę z alkoholami. Po prawej stronie baru Wędrowiec zauważył że Bill oraz Szeryf uciekają do drzwi na zaplecze jednak nie dał im szansy ucieczki przestrzeliwując każdemu kolana. To jednak odwróciło jego uwagę od ostatniego człowieka Szeryfa który drasnął go kulą z rewolweru w lewe ramię. On jednak nawet nie jęknął jakby nic się nie stało. Każdy inny człowiek jakoś by zareagował zaś on był opanowany co zdezorientowało ostatniego strzelca. W mgnieniu oka kolejny trup opadł na ziemię. Gdy już było po masakrze, Wędrowiec podszedł do dwóch największych decydentów w Miasteczku którzy teraz nie byli już tak mocni. Słyszeli zbliżające się miarowe kroki na drewnianej podłodze nerwowo czołgając się w kierunku wyjścia jednak na ucieczkę było już za późno. Wędrowiec szedł w ich kierunku zostawiając krople krwi na deskach kapiące z jego rany. Jako pierwszy został złapany Bill. Lufa Deserta spoczęła na głowie dociskając ją do podłogi.
- Jesteś bandytą – przemówił jak zwykle spokojnym i zimnym głosem – a bandyci zasługują na śmierć.
Huk! Bill leżał teraz z roztrzaskaną czaszką a mściciel przechodząc przez powiększającą się plamę krwi zostawiał czerwone ślady na deskach. Złapał za kark Szeryfa również i jemu przystawiając pistolet do głowy.
- Nie możesz mnie zabić! – krzyczał przerażony Szeryf – jestem przedstawicielem prawa.
- Ja jestem ponad twoim prawem. Podpisałeś na siebie wyrok śmierci zabijając mojego brata.
- Co?!
- Żałujesz tego co zrobiłeś?
- Tak bardzo, bardzo, proszę...
- To nie ma już znaczenia! – przerwał mu Wędrowiec.
Huk!
Po dokonanej zemście wyszedł na zewnątrz. Ujrzał tam trupy i mieszkańców już nie kryjących się gdzieś w zakamarkach. Między nimi stał mężczyzna którego spotkał przy szubienicy.
- Teraz to twoje miasto – rzekł rzucając mu gwiazdę szeryfa.
Mężczyzna zaś popatrzył na gwiazdę a potem na niego. Wędrowiec podniósł wcześniej zostawione ciało brata i poszedł w kierunku cmentarza. Idąc dalej główną ulicą pomiędzy mieszkańcami czół ich spojrzenia na plecach. Teraz już nikt nie mógł go zatrzymać. Pochował brata jednak zemsta nie przyniosła mu ulgi. Odszedł na wschód...
KONIEC.
ps.: czy zna ktoś filmy o podobnym klimacie?