Tresc Od pięciu lat była moją żoną. Każdego dnia, a było ich tysiąc siedemset dwadzieścia pięć słyszałem, jakim to jestem fajtłapą, niewdzięcznikiem, ofiarą życiową, leniem, ona mnie karmi, żywi, utrzymuje, ona dla mnie poświęciła życie a ja jej zmarnowałem życie. Każdej godziny a było ich czterysta czternaście tysięcy musiałem patrzeć na nią i podziwiać i mówić, jaka jest piękna, dobra, miła, zgrabna, zaradna. Każdej minuty a było ich dwadzieścia cztery miliony osiemset czterdzieści tysięcy byłem pod jej ciągłą kontrolą i dozorem. Z każdą sekundą a było ich bilion trzysta dziewięćdziesiąt milionów czterysta tysięcy coraz bardziej nienawidziłem ją.
Codziennie prasa, radio i telewizja donosiły o wypadkach, kraksach, wybuchach, zamachach, zatonięciach, zaczadzeniach, uduszeniach, zabójstwach i samobójstwach. Ale moją żonę te normalne zdarzenia omijały. Nie było jej ani w wykolejonym pociągu, ani w rozbitym autobusie, ani w roztrzaskanym samolocie, ani obok samochodu pułapki nafaszerowanego przez terrorystów materiałami wybuchowymi ani na tonącym statku. Była nieśmiertelna.
Gdy czasami sama wychodziła z domu, wyobrażałem sobie, że spada na jej głowę cegła, że nagle wchodzi na jezdnię wprost pod koła samochodu, że ciężarówka wjeżdża na chodnik, którym ona idzie, że jakiś maniak wyciąga spluwę i strzela do bezbronnych ludzi, wśród których ona jest. Ale zawsze wracała.
Gdy czasami ja wychodziłem z domu a ona w nim zostawała marzyłem, że gaz wybucha, że nastąpiło trzęsienie ziemi i nasz dom się zawalił, że na nasz dom spadł średniej wielkości meteor, że pękła ziemia w miejscu gdzie stał nasz dom i pochłonęła go w siebie, że chociaż może pośliznęła się w łazience uderzyła o kran i chociaż zabiła. Ale nic się nie działo: żyła, kwitła, dowodziła, rozkazywała.
Postanowiłem wysłać ją na tamten lepszy świat, ale wysłać ją tak by wyglądało to na wypadek.
Właśnie rozpoczął się sezon grzybobrania. Gazety krzyczały o pierwszych ofiarach trujących grzybów … ofiarach śmiertelnych. Przygotowałem prowizoryczny plan. W tym celu zająłem się kucharzeniem. Najpierw przyrządzałem kolacje, później śniadania, aż doszedłem do gotowania obiadów. Nie chciałem, by nagłe zainteresowanie kuchnią zaczęło się od grzybów. Więc było zupełnie normalnym, gdy któregoś ranka wstałem, wziąłem koszyk i pojechałem do lasu. Grzybów było dużo. Nazbierałem tych jadalnych i jednego szatana. Atlas grzybów informował, że jest bardzo trujący, niewielka ilość wystarczała by zabić kilka osób. Przyrządziłem obiad. Szatana smażyłem oddzielnie, by trafił tylko do talerza żony. Bardzo uważałem. Nie mogłem się pomylić. Nie pomyliłem się. Zjadła. Bardzo jej smakowało. Ona by zrobiła lepiej, ale i tak była zadowolona. W ogóle odkąd zająłem się kuchnią była ucieszona.. Patrzyłem jak je i widziałem jak grzyb wypuszcza jad, który wędruje po organizmie i paraliżuje życie. Czekałem do wieczora. I nic się nie stało. Pomyślałem, że śmierć złapie ją we śnie. To byłoby nawet lepiej. W świadomości mogłaby wzywać pomocy, mogliby wypłukać żołądek i uratować. Całą noc nie zmrużyłem oka słuchając, kiedy przestanie oddychać. Nie przestała. Rano wstała rześka i zdrowa. Jeszcze się łudziłem, ale wieczorem straciłem nadzieję.
Wpadłem na inny pomysł. Chodziła w szpilkach, więc zacząłem czyścić i pastować podłogi, schody. Mogła się pośliznąć i zabić albo runąć ze schodów i złamać kręgosłup. Widziałem już jak koziołkuje po schodach, leży bezwładnie a z ust sączy się strużka krwi. Martwa. Po tygodniu parkiety świeciły czystością, można się było w nich przeglądać. W domu unosił się zapach świeżości i past a podłogi przypominały tafle lodu. Sam kilka razy pośliznąłem się i nabiłem parę guzów. Małżonka była wniebowzięta: jej prośby bym zajął się domem odnosiły skutek. Chodziła w swoich szpilkach, stukała po schodach, parkietach i … nic. Nawet się nie potknęła. Po miesiącu miałem dość: past, parkietów, pastowania, froterowania. A moja żonka ciągle żyła.
Któregoś razu wymieniałem spalone korki i pomyślałem, że prąd jest wspaniałym żywiołem, wręcz idealnym dla moich planów. Zastanawiałem się jak doprowadzić do spotkania mojej żony z wyżej wymienionym. W tym celu rozgryzłem cały system elektryczny mieszkania. Naprawiłem zepsute kontakty, wymieniłem uszkodzone gniazdka, wziąłem na warsztat wszystkie urządzenia elektryczne. Po kilku tygodniach mogłem zreperować każdą lodówkę, pralkę, telewizor, radio czy mikser. Żona wprost promieniała zadowoleniem. Gdy już wiedziałem wszystko o prądzie, co wiedzieć można było, przystąpiłem do spiknięcia ukochanej żonki z pieszczotliwym prądem. W tym celu podłączyłem odpowiednią fazę do masy lodówki. Dla wzmocnienia efektu teren przyległy nawilżyłem. Wiedziałem, że po przyjściu z zakupów małżonka zaraz idzie do kuchni i wszystkie wiktuały upycha do lodówki. Tak też się stało. Siedziałem w pokoju i czytałem gazetę nasłuchując. Wyobraźnia podsuwała potrząsaną przez prąd żonę, która włącza się w obwód i nie może uwolnić. I ten prąd płynie przez nią, płynie i płynie aż wszystko w środku wypala. Zostaje zwęglona powłoka. Czarna i martwa. Aż zadrżałem z radości. Usłyszałem właśnie, że otworzyła lodówkę i musiała się dotknąć obudowy, bo do uszu doleciały trzaski i jej krzyk. Odczekałem chwilę, złożyłem gazetę i powoli poszedłem do kuchni. Żona stała, zaś lodówka charczała, rzęziła i dymiła się. Nadszedłem na agonalne drgawki agregatu. Żonie nic się nie stało, a w lodówce tak były przepalone obwody, że trzy dni doprowadzałem ją do stanu używalności. Spróbowałem jeszcze z pralką. Z takim samym skutkiem. Wyglądało, że prąd po zetknięciu się z ciałem mojej żony cofał się i atakował biedne obwody urządzeń. Nie mogłem więcej eksperymentować z prądem, bo dwa takie zdarzenia na przestrzeni kilku dni, to i tak było za dużo. Zająłem się ogrodem.
Właśnie rozpoczęliśmy budowę basenu i koparka wyryła głęboki wykop w ziemi. Zabezpieczono go, ale przecież wypadki wszędzie się zdarzają. Dziura była wręcz idealna dla mojej żony, bo rozpoczęto już betonować dolną powierzchnię. Gdyby runęła na świeży beton, przy dobrych układach mogłaby się zabić. Codziennie dwa razy zabierałem ją i pokazywałem postępy w pracy. Szła ze mną i cieszyła się jak dziecko. Balansowaliśmy na wąskich kładkach, sam wpadłbym z pięć razy, a ona niczym akrobatka trzymała się mocno. Zacząłem kopać też pułapki w ogrodzie. By wyglądało to naturalnie, zająłem się rabatą. Sadziłem kwiaty, warzywa, dbałem o drzewka. Ogród zmieniał oblicze. Żona wprost rozpływała się w zachwytach. Zapraszałem ją na spacery, pokazywałem, co gdzie wyrośnie, naprowadzałem na przygotowane pułapki, ale zawsze nieomylnie zatrzymywała się przed nimi lub zawracała. Byłem bezsilny. Popchnąć jej nie mogłem. Gdybym miał pewność, że zabije się bez wahania pomógłbym. Ale mogła się tylko zranić. Musiałem być ostrożny. Po jakimś czasie obejście naszego domu przypominało raj a żona nadal żyła.
Przeniosłem zainteresowania na samochód. W ilu to filmach właśnie wóz pomagał pozbyć się niewygodnych osób. Każdy samochód jest tylko zlepkiem różnych detali i każdy z nich zużywa się i psuje. Zacząłem ślęczeć nad autem, poznawać każdą jego część, która mogłaby ewentualnie pomóc mojej żonie zejść z tego świata. Najbardziej nadawały się do tego hamulce a właściwie …. ich brak. Małżonka dwa razy w tygodniu wybierała się do miasta samochodem a zjazd był stromy: kilka serpentyn i dwa zbocza. Przetarłem rurkę doprowadzającą płyn i hamulce przestały być sprawne, gdy wyjeżdżała. Pół godziny później zadzwonił telefon. Z nadzieją i otuchą podniosłem słuchawkę. Widziałem już roztrzaskany wóz na dnie przepaści: trumna mojej żony. Miałem przygotowane słowa rozpaczy. Ale właśnie dzwoniła moja połowica. Wypadek był. Hamulec zawiódł. To było więcej niż wypadek. Kraksa. Aż trzy samochody zamieniły się w złom. Dwie osoby pożegnały się z tym światem. A moja żona żyła. Mało tego, że przez nią ciężarówka stoczyła się po zboczu, mało tego, że jadący z tyłu samochód osobowy podzielił los swego większego kolegi, mało tego, że nasz samochód zmienił gabaryty i nie mogłem go rozpoznać: moja żona nabawiła się tylko dwóch siniaków i jednego guza. Straciłem na jakiś czas nadzieję i sądziłem, że będę musiał czekać na łaskę natury.
Któregoś ranka dokonując rannej ablucji mój wzrok padł na termę. Gaz! To było to! Gaz wybucha. I to jak wybucha! Słyszałem często, że potrafił zamienić w gruz całe kamienice. Przeszkoliłem się w tej materii. Przeczyściłem przy okazji wszystkie zawory, termę a żona aż cmokała z zachwytu. Ale ja szukałem właściwego rozwiązania. Doszedłem do wniosku, że muszę uszkodzić rurę doprowadzającą gaz do kuchenki. Rano żona zawsze przyrządzała kawę, więc istniała szansa, że coś się stanie. Tak też zrobiłem i szybko opuściłem zagrożony teren, oczywiście wyszedłem załatwić pilną sprawę. Idąc projektowałem rozwój wypadków. Gaz sączy się i miesza z powietrzem. Idealne małżeństwo. Moja żona wstaje z łóżka, jest zaspana, odruchowo chwyta zapalniczkę i odkręca kurki. Gazu i tak już jest dużo. I następuje eksplozja. Gruz, ruiny, zniszczenia. Po dwóch dniach akcji ratunkowej spod zwałów naszego domu wyciągają zwłoki mojej biednej żony. Płacz i zgrzytanie zębów dla świadków a wewnątrz uff cóż za radość? Gdy jednak wróciłem po dwóch godzinach aż mnie cofnęło, gdy otworzyłem drzwi. Żony nie było a całe mieszkanie wypełniło się gazem. Przewietrzyłem pokoje i zrezygnowałem z tego sposobu. Był niebezpieczny również dla mnie.
Oglądany w telewizji film i widok płynącej dziewczyny, która nagle zaczęła się topić nasunął nowe rozwiązanie. Moja żona mogła się utopić, mogła spaść w przepaść będąc na wycieczce w górach, czy zabić się jadąc na nartach. Na początek wybrałem sporej wielkości zalew leżący obok naszego miasta. Zaczęliśmy tam jeździć. Żona pływała dobrze, ale kurcz mógł ją złapać. Woda była zimna i głęboka. Gdy moja połowica pluskała się na środku jeziorka, już widziałem ją w roli żeru dla rybek. To były takie przyjemne myśli. Słyszę jej krzyk, wzywa ratunku, ja oczywiście rzucam się na pomoc, ale zbyt duża odległość nie pozwala przybyć na czas. Płaczę, lamentuję. Ale ona zawsze wracała: potrafiła przepłynąć kilka razy zalew tam i z powrotem i nawet kurcz jej nie złapał. Chwilami pojawiała się makabryczna myśl o bardzo głodnym rekinie, który właśnie przypadkowo zaplątał się w naszym jeziorku i moją żonkę wybrał sobie na przekąskę. Myślałem też o innym potworze. Loch Ness ma potwora, więc dlaczego nie ma go w naszym zalewie? Ale nie było. Nic. Nawet maleńkiego potworka. Małżonka zawsze wracała i smażyła ciało obok mnie.
Przerzuciłem się na góry. Mogła moja kochana żonka zapoczątkować średniej wielkości lawinkę. Mogła! W górach jest tyle przepaści, stromych podejść, pułapek, szczelin, jaskiń. Łaziliśmy po stokach podziwiając piękno przyrody. Moja żona patrzyła we mnie jak w obraz aż było mi głupio, że za chwilę być może stoczy się, zamieni w kupkę krwawych flaków i rozdziobią ją ptaki. Staliśmy na samym szczycie. Pół metra dalej ziemia kończyła się raptownie i ziała przepaść najeżona na dole drzewami kamieniami i głazami. Idealne miejsce na koniec szczęśliwego lotu dla mojej żony. Stanąłem za nią. Wiał lekki wiaterek. Już dotykałem jej ramion, wystarczyło silniej pchnąć … pchnąłem, … ale ona jakimś zwierzęcym instynktem właśnie w tym momencie przesunęła się. Potknąłem się i byłbym spadł na łeb i szyję, ale w ostatniej chwili złapała mnie. Uratowała mi życie, lecz wcale nie byłem wdzięczny. Moja nienawiść wzrosła.
Pojechaliśmy na narty. Na wyciągu widząc przed sobą plecy żony modliłem się by lina pękła albo prąd przebił na jej krzesełko, ale nic się nie działo. Odwróciła się i uśmiechnęła do mnie. Stanęliśmy na zboczu. Narty miała na nogach pierwszy raz, więc liczyłem, że pojedzie prosto przed siebie nabierze prędkości i spotka się z jakimś drzewem. Już widziałem jak zdrapują ją z kory. Ruszyła i o dziwo jechała … dobrze …. sprawnie … płynnie. Jak na pierwszy raz świetnie. Ruszyłem za nią i tak byłem zdumiony, że mało się nie zabiłem.
Zwątpiłem. Przez miesiąc usiłowałem znaleźć jakiś inny sposób. Zacząłem oglądać filmy sensacyjne i czytać kryminały. Tam wszystko było proste i łatwe. Mogłem ją zastrzelić, udusić czy zarżnąć. Mogłem! Ale to wiązało się z więzieniem. Wolałem już być więźniem u mojej żony. Coraz bardziej dręczyłem się tą sprawą. Nie mogłem spać i jeść. Straciłem radość życia, pogodę ducha, powoli zamieniałem się w nieszczęśliwego melancholika. Dobijało jeszcze postępowanie żony. Była miła, słodka i grzeczna. Łasiła się do mnie, ciągle uśmiechała jakby wiedziała, co zamierzam zrobić, ona o tym wie i cały czas przeciwdziała. Aż wreszcie wpadłem na proste rozwiązanie jak z honorem wyjść z małżeńskiej matni.
Pomysł był tak prosty, że aż genialny. Postanowiłem sam odejść z tego świata. Nie mogę się jej pozbyć, więc ja odejdę i w ten sposób uwolnię się od niej. Kupiłem gruby sznur i znalazłem w lesie solidne drzewo. Konar, do którego przywiązałem linę sprawiał wrażenie mocnego. Wykonałem pętlę i sprawdziłem czy dobrze się zaciska. Działała sprawnie. Postawiłem pniaka, na którego wszedłem i założyłem pętlę na szyję. Nie czułem strachu. Czułem radość, za chwilę miałem być wolny i wyzwolony. Podskoczyłem do góry a jednocześnie nogą odepchnąłem pniaka. Sznur zacisnął się na szyi i … spadłem na ziemię. Wyglądająca tak solidnie gałąź złamała się jak zapałka. Widziałem w jej środku spróchniałą dziurę.
Zdarłem z szyi pętlę i wróciłem do żony. Nie było sposobu pozbycia się jej. Nic nie skutkowało. Uświadomiłem sobie nagle jak ona ostatnio się zmieniła, chyba mnie pokochała. I już wiedziałem, dlaczego. Stałem się przecież idealnym mężem.