Opowiadania odważnych dla odważnych

Można milczeć i milczeniem kogoś ranić
- ks. Jan Twardowski

Autor: Davyen
Data dodania: 2008-07-12 18:00:00
Rozmiar czcionki zmniejsz zwieksz
Oceny 5 ocen: 2
Odslon: 1373
Dodatkowe: Wyślij ten adres znajomemu
Widok do druku drukarka

Modlitwa

OpisMoje pierwsze wypociny. Osobiście mi się podobają, nie wiem, jak wam.smile
Tresc
Tajemniczy wampir uciekał przez miasto, a człowiek w czerni podążał w ślad za nim.
Przemierzając ową mieścinę zastanawiał się, gdzie powinien jechać, w którym dokładnie kierunku. Miał jedynie skrawek kartki z ręcznie nabazgrolonymi literami: „NNY”, który był jego jedyną wskazówką, gdzie powinien szukać krwiopijcy. Znał dobrze swego przeciwnika (szukał go parę miesięcy) i wiedział, że ma irytującą tendencję do pozostawiania kilku, lub nawet kilkunastu różnych poszlak, które jednak prowadziły każda w inne miejsce. Miał tę świadomość i dobijała go sama myśl, że musi znaleźć tę właściwą drogą eliminacji. A to już była w większości przypadków diablo żmudna praca. Poszukaj o tym, poczytaj o tamtym, popytaj o to…
Jakże on tego nienawidził. Pomimo święceń kapłańskich zdarzało mu się puścić bezgłośną wiązankę na tego, który to wszystko robił. Zawsze zabijał swoje ofiary, powoli wysączając zeń krew. Czasem urządzał dla nich jakieś chore zabawy rodem z „Seven” lub „Saw” tylko po to, by popatrzeć na ich cierpienie, a i tak, koniec końców, zabijał je w spektakularny i najpewniej bolesny sposób.
I to dla zaspokojenia jakiejś szalonej ciekawości, bestialskiego zainteresowania czyjąś agonią. Raz porwał jakiegoś młodego działacza w jakiejś mniej znanej organizacji ochrony środowiska i wielkiego miłośnika psów w jednym. Zamknąwszy go w jednym małym pokoju z piętnastoma szczeniakami różnych ras, dał mu wybór: zabijać, lub być zabijanym. Nieszczęśliwiec znalazł przy sobie nóż, co gorsza tępy, i musiał zarżnąć te kilkanaście małych psiaków, które nie dość, że nikomu w niczym nie zawiniły, to jeszcze wyglądały na urocze stworzonka i takie w istocie były. Chłopak długo nie wytrzymał: po dwóch godzinach wampir przestrzelił mu kolano i wtedy biedak zaczął je zarzynać. Jeden po drugim. Krew sączyła się z nich jak z małych prosiąt. Już po piątym większość podłogi była w posoce. Pozostałe szczeniaki skomliły i piszczały przeraźliwie, a chłopak z twarzą w łzach, gilach z nosa i ślinie wył jak opętany i brał następne do zabicia. Prawdopodobnie już wtedy oszalał. Wampir, by dobić psychologicznie swoją ofiarę, zaczął bawić się wnętrznościami tych małych zwierzątek. Koniec końców i tak go zabił…
Tak, okrucieństwa nie można mu było odmówić. Za to też go nienawidził. Jeszcze jakoś próbował zrozumieć sam wampirzy głód. Każda istota na świecie potrzebuje w ten, czy inny sposób, się odżywiać. Ale zadawanie komuś agonii dla zaspokojenia jakiejś chorej i niewyżytej potrzeby umieszczał w swojej Liście Rzeczy Serdecznie Znienawidzonych w ścisłej czołówce, ex equo z wykorzystywaniem stanowiska, tytułu, et cetera, do własnych zachcianek.
„NNY”…
Co mógł znaczyć ten napis? Bary i kluby odpadają, bo za duży tłok, sklepy i supermarkety raczej też…
Po chwili olśniło go. Najprawdopodobniej chodziło o kościół św. Anny. Zanim przybył do tego miasta, trochę poczytał o nim, by wiedzieć gdzie będzie. I pamiętał, że jest św. Anna. Nie mógł sobie jedynie przypomnieć gdzie, zresztą i tak nie wiedziałby jak jechać, bo nie orientował się w planie miasta. Ale to już nie stanowiło tak wielkiego problemu. Dodał nieco gazu.
Minął jakiś duży ceglany budynek, z którego dochodziło przyjazne dla jego uszu brzmienie gitar i perkusji. Wokal też był niezgorszy, acz można postarać się lepiej śpiewać. Niedaleko za bramą budynku dojrzał rozmawiających ze sobą dwóch młodych chłopaków. Zdecydował, iż to właśnie ich zapyta o drogę.
Kilkadziesiąt metrów dalej zawrócił na swym motocyklu i zajechał na teren budynku, zaparkował prawidłowo, po czym postawił stopkę i zgasił silnik. Zszedł z motocykla i poprawił skórzaną kurtkę, a po chwili podszedł do młodzieńców.
- Przepraszam... – urwał.
Przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Zaczął się im dokładnie przyglądać. Niby niczym się nie wyróżniali: obaj mieli średniej długości włosy (jeden z nich miał przedziałek na głowie, a drugi miał raczej oryginalnie potargane kudły i krótsze od tego pierwszego), jeden z nich bojówki, ciemnozieloną koszulę w kratę i okulary, drugi czarny T-shirt, szare sztruksy i kolec w dolnej wardze. Ktoś mógłby pomyśleć, że to zwykli miłośnicy ciężkich brzmień i tyle, ale parę rzeczy ich wyróżniało. Zbyt blada cera, jak na tak przytomne twarze; skoro byli przed chwila na koncercie (który nadal trwał), to czemu mieli tak opanowane oddechy? Wampiry. Wpierw chciał ich pozabijać, ale odepchnął ten pomysł z dala od siebie. Ten w T-shirt’ie wyglądał na świra, a ten w koszuli wydawał się być dość groźny, choć wyglądał nawet na stosunkowo młodego krwiopijcę. Poza tym, miał tu robotę do wykonania.
- Wiecie, gdzie jest święta Anna? – kontynuował. – Widzicie, jestem księdzem i jestem tu pierwszy raz i nie orientuję się w okolicy.
- Cóż... – zaczął ten w koszuli. Rozpoczął pokazywać trasę jazdy, jak jakiś trener w czasie ważnego meczu. – Pojedzie ksiądz tą ulicą, na skrzyżowaniu w lewo, na następnym, te ze światłami, w prawo i cały czas prosto. Dalej, na końcu ulicy będzie łagodny skręt w prawo, ale to cały czas droga z pierwszeństwem. Potem trzy skrzyżowania dalej prosto i zaraz za tym trzecim będzie po prawej teren kościoła.
Duchowny przez kilkanaście sekund notował to w myślach.
- Mhm… W prawo, w prawo i dalej prosto, aż zobaczę parafię. Nic nie pomyliłem?
- Nie, nic ksiądz nie pomylił. Właśnie tak. – uśmiechnął się uprzejmie z zaciśniętymi ustami.
- Dzięki, chłopcy. – uśmiechnął się lekko i zaraz dosiadł swego BMW.
Kopnąwszy w rozrusznik, odpalił motocykl i odjechał.
Skręciwszy w lewo i dojechawszy do pierwszego skrzyżowania stanął, ponieważ miał czerwone. To miasto nie jest zbyt duże i raczej niedługo powinienem być na miejscu, pomyślał. I tak właśnie było. Jakieś dziesięć minut później dojechał do trzeciego skrzyżowania, przez której wolno przejechał, po czym wjechał na teren kościoła. Podjechał trochę pod górkę i postawił maszynę przy plebanii, mając nadzieję, że warkot silnika nikogo nie zbudził.
Była to jasna księżycowa noc, miasto oświetlały światła latarń, a on sam rzucał cień jak za dnia.
Przeszedł w stronę drzwi wejściowych świątyni, kiedy poczuł wiejący odeń lekki, ale lodowaty, powiew wiatru. Przez chwilę miał wątpliwości. Tylko przez chwilę.
Zauważył, że drzwi są lekko uchylone. Spodziewał się w środku zasadzki, ale tym razem to on był łowcą, a wampir zwierzyną. Groźniejszą od samego myśliwego, ale cóż robić? Takie czasy nastały. Pierwsi będą ostatnimi…
Wszedł do środka. Będąc w przedsionku, od razu zobaczył krwiopijcę. Miał na sobie beżowy garnitur i ciemnozieloną lub granatową koszulę. Stał i przyglądał się ołtarzowi z rękami splecionymi z tyłu, jak jakiś turysta z wyższych sfer.
Duchowny ruszył w jego stronę, zapominając o swoich nikłych szansach na zwycięstwo w bezpośrednim starciu. Po prostu był uzbrojony w ręce, wiarę… i modlitwę. Taak… ta dawała mu prawdziwe poczucie siły, choćby niewiadomo jak beznadziejna była jego sytuacja.
Wampir widocznie nie usłyszał go, gdy szedł, co było niemożliwe, bowiem krwiopijcy potrafią wyłapać najmniejszy dźwięk z odległości kilkudziesięciu metrów.. Lub po prostu udawał, że nie słyszy.
Nie odzywając się, ani nie wygłaszając zbędnych przemów charakterystycznych dla błędnych rycerzy, zaatakował przeciwnika zamaszystym kopniakiem w krocze. Wampir – gdy noga duchownego była na wysokości jego kolan – błyskawicznie skoczył, robiąc w powietrzu półobrót i kolanem uderzając go w tors. Ten odleciał dwa metry w tył, lądując plecami na podłodze. Szybko się zerwał – mimo straconego tchu i ochoty na dalszą walkę – ale zamarł w miejscu, gdy zobaczył wymierzony w siebie rewolwer. Wampir uśmiechnął się obnażając zęby i ostre kły. Odciągnął kurek.
No to koniec, pomyślał duchowny. Święta Mario, łaskiś pełna, módl się za mną grzesznym teraz, w godzinę śmierci mojej…
Krwiopijca zgiął rękę, kierując broń ku górze.
- Nie zabiję cię. Na razie. – oświadczył.
- A powinieneś. – duchowny rzekł sucho.
- Phi! A cóż to dla mnie za przyjemność, zastrzelić ofiarę i potem sączyć krew, nader zimną po śmierci? Zabawimy się wpierw, jako że to dopiero początek balu... – uśmiechnął się złowrogo.
- A potem co, zastrzelisz mnie? – spytał beznamiętnie.
- Nie… To za proste. Zastanawiałem się bardziej nad śmiercią długotrwałą. Ciekawiło mnie zawsze to, ile razy można otwierać gojącą się ranę, taką na długość piszczeli. – otworzył radośnie usta. – Goi się i ją przecinasz. Aż do zakażenia całego układu krwionośnego, aż w końcu do momentu gnicia całego organizmu od wewnątrz przez bakterie, które cię rozkładają. Powoli, wręcz starannie do ostatniej tkanki, do ostatniego krzyku, do ostatniego dechu…
Duchowny zaśmiał się cicho.
- Cóż cię w tym śmieszy, kapłanie? – spytał, uniósłszy pytająco brwi.
- Przypomniał mi się cytat z jednego filmu. – rzekł nie zmieniając uśmiechu. – „Będziesz gnił przez tydzień. Nawet specjalnie załatwię ci transfuzję, byś za wcześnie nie wykitował”.
- Doprawdy wyborne…
- Taa…
Wampir wysypał wszystkie sześć pocisków na dłoń i wsadził je do kieszeni spodni. Po chwili wsunął rękę za połę marynarki i wyciągnął stamtąd nowy nabój.
Cały ze srebra.
Chwycił go w kciuk i palec wskazujący i przyglądał się jak jubiler dużemu diamentowi. Duchowny widział, że nawet sam dotyk sprawia mu ból. Widok ten sprawił mu pewną satysfakcję.
- Lubisz hazard, kapłanie? – spytał.
- Niezbyt. Ryzyko zbyt wysokie w stosunku do przyjemności.
- Widzisz, a ja jednak lubuję się w tejże rozrywce, zważając na me zdolności, które to zmniejszają to ryzyko.
- Po prostu oszukujesz. – parsknął.
- To również zależy od punktu widzenia, mój drogi. – uniósłszy brwi, usta złożył w Dziubek. – Któż nie chciałby móc nurkować w hazard bez ryzyka, iż utonąć może? Nikt.
- Wtedy to jest zwykłe oszustwo. – orzekł chłodno.
- A cóż nie pozwala mi na wieczne wygrywanie?
- Matematyka. Statystyka. Nikt nie wygrywa wiecznie.
Wampir opuścił rękę, zaciskając nabój w pięści.
- To jest reguła. A czyż to nie wyjątki potwierdzają regułę?
- W tym wypadku nie. – zmarszczył brwi.
- Po czym wnosisz, kapłanie? – uśmiechnął się, jakby był przekonany o swej wyższości.
- Bo ja tu jestem. – powiedział chłodno. Zabrzmiało to groźnie. – W końcu cię znalazłem i twoja zasrana egzystencja skończy się tu i teraz.
- Nie sądziłem, jakoby księża znali takie nieodpowiednie dla ich statusu słowa. – zrobił minę lekko urażonego.
- Żebyś się, KURWA, nie zdziwił... – wycedził przez zęby.
Wampir uśmiechnął się, przekrzywiając lekko głowę.
- Zaskakujesz mnie coraz bardziej, kapłanie…
Duchowny splótł ręce na piersi. Kurtka nieco zaszeleściła.
- Nie żebym mógł to powiedzieć o tobie... – uśmiechnął się szelmowsko.
Uśmiech krwiopijcy leciutko zbladł, prawie wręcz niezauważalnie.
- Wyjdziemy dokończyć to na zewnątrz? – obrócił rewolwer w dłoni.
Duchowny nie odpowiedział. Stanął bokiem, wskazując lewą dłonią drzwi. Stali tak długą chwilę, która zdawała się ciągnąć w nieskończoność, jakby próbowała zatrzymać nieuchronny upływ czasu i być w teraźniejszości. W końcu wampir ustąpił, mlaskając nieznacznie i ruszając do wyjścia.
Szedł powoli, z gracją stawiając stopy na posadce. Gdy mijał duchownego, ten mrugnął doń okiem. Nie zdawał sobie jednak sprawy, że wampir słyszał trzepot powieki, oddech, łomotanie serca bijącego w ten jeden monotonny rytm. Krwiopijca kroczył dalej nie zważając na to, iż mógłby być zaatakowany z tyłu.
Duchowny podążył za nim dopiero wtedy, gdy znalazł się w bezpiecznej odległości. Miał tę świadomość, że – co prawda – dzielący ich dystans nie będzie wampirowi przeszkodą w potencjalnym skoku, to jednak da mu to sekundę, może dwie, na reakcję i ewentualny unik. Ciekawe, co mi przyszykował, pomyślał. Niedługo potem obydwaj znaleźli się przed kościołem. Wampir poszedł jeszcze kilka kroków w prawo, po czym stanął i – nadal się uśmiechając – uniósł brwi, jakby pytał: „Idziesz?”. Po chwili poszli dalej ścieżką wyłożoną kostką chodnikową, w stronę murku oddzielającego teren kościoła od czyjejś „posesji”. Rosło tam kilka drzew rzucających cień w tę jasną noc.
Wampir zatrzymał się, stając obiema nogami na krawędzi chodnika, natomiast duchowny stał kilka metrów za nim.
- Podejdź tu, kapłanie. – wyszczerzył zęby w upiornym i jednocześnie rozbrajającym uśmiechu. – Przecież cię nie ugryzę.
Duchowny stał dalej, patrząc mu prosto w oczy. Krwiopijca spoważniał, acz na jego ustach nadal gościł lekki grymas niczym niewytłumaczonej radości.
- Słowo. – rzekł.
Dopiero wtedy duchowny podszedł bliżej, stając na przeciwległej krawędzi chodnika. Wampir usiadł, składając nogi po turecku. Spojrzał wymownie na duchownego z dołu. Ten, lekko zdezorientowany, po dłuższym czasie zrobił to samo, kątem oka obserwując ręce krwiopijcy. Wampir odchylił lufę z bębenkiem i ponownie chwycił srebrny pocisk kciukiem i palcem wskazującym. Spod pozostałych palców popłynęła mała kropla krwi, pozostawiając po sobie jasnoczerwoną ścieżkę.
- Nie grywasz, powiadasz… Źle się to składa. – zaczął.
Duchowny milczał. Oparł przeguby rąk o kolana.
- Akurat chcę ci zaproponować grę. – uśmiech ani na sekundę nie znikał z jego twarzy. – Grę o tyle pasjonującą, iż całe tysiące ludzi na całym świecie stawiają w niej zakłady, ryzykują... – powoli, nie śpiesząc się, wsunął nabój do jednej z komór bębenka rewolweru. – Wygrywają jak i przegrywają. Zwyciężać w tej grze można zawsze... – uderzeniem wprawił bębenek w ruch. – A przegrać… Można tylko raz. Tu nie ma rewanżów.
Krwiopijca zręcznym ruchem złożył rewolwer z powrotem. Duchowny przełknął ślinę, a wampir położył broń na chodniku między nimi. Żaden z nich nie wykonał ruchu; siedzieli naprzeciw siebie, jak dobro i zło na przeciwległych biegunach, gdzie środkiem był rewolwer.
Jego zimna lufa wskazywała przestrzeń obok nich, przez którą przelatywał wiatr, delikatnie szumiąc pomiędzy liśćmi drzew. Jego zimny metal czekał na wprawienie w ruch obrotowy, który wskaże tego, kto ma pierwszy pociągnąć za spust.
Wampir był dziwnie milczący. Nie krzyczał, nie szydził, nie wywyższał się, nie wymądrzał, nie śmiał, nie groził i nie kpił. Po prostu nie przestawał się uśmiechać.
W końcu położył cztery palce na broni tak, jak kładzie się na głowie ukochanego dziecka. Po chwili szybko ją rozkręcił. Rewolwer obracał się dość szybko, głośno szurając o kostkę chodnikową. Ten dźwięk już wywołał u duchownego szybsze bicie serca. Po paru sekundach rewolwer zaczął stopniowo zwalniać, aż w końcu powoli skrobał chodnik, wskazując na wampira, na duchownego… Coraz wolniej… I zatrzymał się, lufą skierowany w krwiopijcę.
Człowiek w czerni z ulgą wypuścił powietrze nosem. Poczuł chwilowe napieranie krwi pod czaszką. Jego przeciwnik powoli, ostrożnie podniósł broń i odciągnął kurek. Ciągle się uśmiechając, przystawił lufę do skroni. Uśmiechnąwszy się szerzej, pociągnął za spust.
Ciche szczęknięcie. Pusta. Miał farta.
Zrobił usta w małe „o” i wydmuchał wstrzymywane powietrze. Zaraz po tym położył broń na chodniku i ponownie zakręcił. Kolejny raz kręciła się szybko, by w końcu zwolnić i celować raz w duchownego, raz w wampira. Na koniec miarowo chrobotała o chodnik, mijając lufą duchownego… krwiopijcę. Zatrzymała się na duchownym. Ten otworzył szerzej oczy.
Spojrzał na wampira. Ten z uśmiechem godnym psychopaty wskazał broń. Równie dobrze mógł powiedzieć: „Ja już strzelałem, teraz padło na ciebie.”
Podnosząc rewolwer, przełykał ślinę. Przystawiając lufę do skroni poczuł, że ma szybkie tętno. Zaczął się pocić. Wyprostował palce i mocniej ścisnął kolbę, bo miał już wilgotne dłonie. Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja, jako celuję gnatem we własną głowę… Pociągnął za spust.
I nic. Tylko cichy szczęk.
Odłożył rewolwer i wziął głęboki oddech. Gdyby palił, od razu miałby ochotę na pociągnięcie dymka.
Rozkręcił broń na chodniku. Nie obracała się wprawdzie tak szybko, jak z ręki wampira, ale również kręciła się kilka sekund. Długich sekund.
Zaczęła zwalniać. On… wampir… on… wampir… on… wampir… on… Wampir.
Krwiopijca podniósł broń i leniwie powiódł ją do skroni.
- Nawet nie próbuj oszukiwać – ostrzegł duchowny.
- Skądże znowu? – wyszczerzył zęby. – Ten jeden raz zagram uczciwie, mój drogi.
Szybko nacisnął cyngiel. Szczęk!
Otworzywszy radośnie usta, obrócił rewolwer na palcu jak kowboj i odchylił się do tyłu spoglądając w niebo. Zaraz odłożył go na miejsce. Po chwili wprawił go w ruch. Ponownie patrzył duchownemu prosto w oczy, uśmiechając się tajemniczo. Ten natomiast brał głębokie oddechy i starał się nie oszaleć od dźwięku szurania rewolweru na chodniku. I, jak na razie, nieźle mu to szło.
Z dołu rozległo się ciche gurrrrrrrrr… I przestało. Ale żaden z nich nie spojrzał w dół. Cały czas patrzyli sobie w oczy, tocząc psychologiczny bój we własnych umysłach. Obydwaj siedzieli nieruchomo, nie okazując słabości uciekając wzrokiem.
Duchowny większość życia miał pod górkę, ale to tylko zahartowało go niczym stal w katanie. Chyba najgorzej było, gdy znaleziono w jednym mieście zwłoki sześciu zaginionych osób: trzech nastolatek szykujących się do bierzmowania, matki z kilkuletnią córeczką i starszego księdza. Ciała były bestialsko okaleczone, a dodatkowo te młode dziewczyny, prócz jednej, były poprzybijane do krzyży, jak w starożytności. Okazało się, a w zasadzie śledztwo dowiodło, że mordercą był ten ksiądz, którego znaleziono na miejscu zbrodni. Wtedy ludzie stracili zaufanie do kleru. Co odważniejsi wyszydzali ich na głos, a duchownego kosztowało to sporo cierpliwości, zanim sprawa odrobinę przycichła. To była dla niego ciężka próba charakteru. Swoją drogą, nigdy nie wierzył w winę tamtego księdza. Co prawda, tylko raz rozmawiali i to krótko, ale już wtedy był w stanie ocenić, że nie stać byłoby go na taki sadyzm. Poza tym, krewni kobiety i córeczki twierdzili, iż jeszcze był kilkumiesięczny synek, po którym nie było nawet najmniejszego śladu. Postanowił wtedy, że odnajdzie tego skurwysyna, który ośmielił się ich zabić, choćby niewiadomo gdzie się skrył. Ale na razie miał inne zmartwienie.
Zaczął szukać na oślep rewolweru. Po chwili szurania  palcami po chodniku, musnął kciukiem i zimny metal. Jął delikatnie jechać opuszką po stali. Przesunąwszy palcem do przodu, natrafił na coś, na co akurat serdecznie nie chciał. Kurek. Na czole pojawiły mu się krople potu. Wampir uśmiechnął się żywiej.
Duchowny podniósł broń, ale po chwili odłożył i wytarł mokre dłonie o spodnie. Ponownie uchwycił kolbę i powiódł lufą do skroni. Przejechał językiem po suchych ustach, ale najwyraźniej jego ślinianki zrobiły sobie dzień wolny. Pan jest moim pasterzem… Nie brak mi niczego… A zwłaszcza odwagi do sprostania temu wyzwaniu, na jakie mnie wystawił… I choćbym kroczył ciemną doliną, zła się nie ulęknę… Szczęk!
Zaczął się zmuszać, by oddychać nosem, a nie ustami. Zrobiło mu się gorąco, a wręcz duszno. Odłożył broń i rozluźnił kołnierz koszuli, która już zdążyła przylepić się do jego pleców. Długą chwilą nie mógł uwierzyć, że jeszcze żyje, jego umysł zaczynał być tym zbyt przytłoczony.
- Dalej, kapłanie, zakręć! – rzucił krwiopijca. – Zobaczmy, kogo dama zwana Śmiercią poprosi do tańca, albowiem to jeszcze nie balu kres. – uśmiechnął się złowrogo. – To tylko zmiana sali była i teraz panie panów proszą…
Duchownemu cisnęło się na usta „Zamknij ten wyliniały ryj!”, ale wolał milczeć, choćby dlatego, że głos mógł mu się załamać, czego bardzo nie chciał – wampir mógłby to odebrać jako oznakę słabości, lub nawet strachu. Wtedy zabiłby go na miejscu. Lekko drżącą dłonią wprawił rewolwer w ruch. Gdy po chwili zaczął zwalniać, uświadomił sobie, że teraz ma bardzo niskie szanse na przeżycie. Cztery razy pociągali za spust i cztery razy komory okazywały się puste. Jeśli teraz padłoby na niego, nie byłby chyba w stanie pociągnąć za cyngiel. Ale wiedział, że musi. Miał teraz pewnie jedyną okazję, by powstrzymać tego szaleńca od dalszych morderstw. Wiedział, że tylko jeden z nich wróci z tarczą…
Rewolwer już tylko leniwie szurał po chodniku. Po chwili się zatrzymał. Wampir spojrzał przesadnie urażony i sięgnął po niego. Miał dziwnie zrezygnowaną minę, która w innej sytuacji wyglądałaby całkiem zabawnie. Po jego uśmiechu widać było, że nie jest bynajmniej uradowany faktem, że duchowny jeszcze żyje. W jego oczach można było dostrzec mały zarodek nienawiści, który lada chwila mógł urosnąć do rozmiarów szaleńczej furii.
Duchowny wskazał mu wzrokiem rewolwer. Wampir prychnął nieznacznie, jakby chciał zdmuchnąć kosmyk włosów z twarzy. Po chwili wymierzył w duchownego.
- Entliczek... – uśmiechnął się szeroko. – Pętliczek... – z powrotem powiódł lufę do skroni. – Czerwony... – znów w duchownego. – Stoliczek... – i na siebie. – Na kogo... – duchowny. – wypadnie... – on sam. – Na tego... – duchowny. – Bęc. – na siebie.
Reszta potrwała jakąś sekundę. Tyle, ile wystarczy na szybkie naciśnięcie spustu. Gwałtowny huk. Dźwięk podobny do rozbryzgiwania się arbuza. Dalej była krew.
Cała jej fontanna wystrzeliła z drugiej strony głowy, rozrzucając małe odłamki czaszki i niewielki skrawki mózgu. Na koniec było ciężkie gruchnięcie na ziemię. Korpus bez połowy twarzy – która szybko się rozkładała, skóra obłaziła jak farba – wzbił w powietrze niewielki tuman kurzu i piachu.
Duchowny w tym czasie wzdrygnął się mocno, jakby to właśnie do niego strzelano. Siedział jeszcze w tej pozycji na tyle długo, by głowa krwiopijcy rozpadła się całkowicie. Dopiero wtedy, ciężko dysząc, wstał i wierzchem dłoni przetarł oczy. Wilgoć. Łzy. Zwykła reakcja nerwowa.
Odwrócił się i podszedł do ściany kościoła. Wystawiwszy ręce, oparł się o nią. Spuścił głowę. Dwu-komorowy i dwu-przedsionkowy narząd walił niemiłosiernie o wewnętrzną stronę klatki piersiowej. Duchowny z całej siły uderzył pięścią w ścianę. Poczuł ból w kłykciach. To dobrze, bo oznaczało, że jeszcze żyje. Zarechotał cicho. Odszedł od ściany. Stanął nad trupem, a raczej tym, co z niego pozostało – spora kupa prochu i popiołu w garniturze byłego właściciela.
Prawą – i obolałą – ręką wykonał znak krzyża.
- Pokój jego umęczonej duszy... – wyszeptał.
Do rana pozbył się pozostałości po wampirze: ubranie wrzucił do pierwszego lepszego kontenera na ubrania dla biednych i bezdomnych. W przyrodzie nic nie ginie, pomyślał wtedy. W jakimś najbliższym sklepie całodobowym kupił butelkę octu. Niedługo potem zmył ślady krwi z chodnika obok kościoła. Nikomu nie jest potrzebny rozgłos, a zwłaszcza na takim zadupiu. Z początku chciał wyrzucić rewolwer, ale rozmyślił się. Zachował go sobie jako trofeum po wampirze, a poza tym, mógł się kiedyś przydać. Noc spędził na plebanii, nie do końca pewien, czy proboszcz nie pofatyguje się i nie zadzwoni do biskupa, by poinformować go o swoim gościu. Na jego szczęście, jednak nie dzwonił.
Następnego dnia poczekał do wieczora z ruszeniem w dalszą drogę. Odwiedził jeden z najbliższych barów, by odetchnąć jego atmosferą. Dym papierosowy, aromat piwa, stół bilardowy, automat do gier, brzmienie dobrej, nie „trendi” czy „dżezi” muzyki… Lubił to.
Siedział przy jednym ze stołów osamotniony, ale to akurat nie robiło mu wielkiej różnicy, czy siedzi sam, czy z kimś. Popijając sok pomarańczowy – nie mógł wziąć piwa przed jazdą, jeszcze mandatu by mu brakował – słuchał znudzony jakiegoś reportażu TVP Lublin. Mówili coś o strzelaninie w barze, bodaj „Muzyczna”, gdzie mogła mieć miejsce wojna gangów, lub bóg wie co jeszcze. A moja historia jakoś nie zasłużyła na wzmiankę w mediach, pomyślał.
Jego uwagę zwróciła sześcioosobowa grupka siedząca najbliżej wyjścia. Pięciu mężczyzn i jedna dziewczyna. Rodzynek w męskim cieście. Jeden z chłopaków miał naciągnięty na głowę kaptur i, siedząc pochylony, co chwila zanurzał w nim dłoń i masował twarz, jakby był niewyspany, lub miał mocno obity pysk. Duchowny zerknął na młodzieńca siedzącego po drugiej stronie stołu, gdy ten lekko się uśmiechnął, obnażając zęby. I kły.
Już nie miał wątpliwości, co do tego, kim są. Dzieci Nocy.
Po chwili rozpoznał tego, który się uśmiechnął. Poprzednio miał przebitą wargę charakterystycznym kolcem, acz teraz miał przewleczony zwykły kolczyk. Duchowny powiódł wzrokiem po pozostałych. Chłopak siedzący obok tego w kapturze (najpewniej mocno pokiereszowanego) najbardziej pasował do wyglądu młodzieńca, który wtedy wskazał mu drogę. Tyle, że teraz miał włosy związane z tyłu głowy, na sobie czarną czapkę z daszkiem i bluzę z kapturem, koloru khaki. Gdy reportaż się skończył i oddano głos do studia, chłopak – a raczej mężczyzna – siedzący naprzeciwko dziewczyny, kiwnął lekko głową, a potem zaczęli oni wychodzić. Pojedynczo, co kilka minut. Gdy wyszedł ostatni wampir, swoją drogą, o wyglądzie co najmniej pięćdziesięciolatka, duchowny ruszył za nim.
Krucjatę czas kontynuować, pomyślał.

Zobacz tez

Skomentuj prace

Dodaj komentarz
Pseudonim
Tresc
User Gość
Data 2010-09-07 15:34:44
Zapisywanie
Shoutbox
[ 2010-01-31 09:24:28 ] Maciek: Ale co?
[ 2010-01-31 12:02:59 ] KRISS221i: avatar z góry zaczełem czytać
[ 2010-01-31 12:14:42 ] Maciek: Ahaaa. Ja nie oglądałem. Jeszcze.
[ 2010-01-31 12:26:32 ] KRISS221i: i nie polecam
[ 2010-01-31 15:49:03 ] Merrik: A bł ktoś może na Parnassusie?
[ 2010-01-31 16:19:30 ] Misiael: Dziś o 23:30 chcę Was widzieć przed telewizorami - na TVP 2 będzie retransmisja najlepszego koncertu ostatenigo dziesięciolecia.
[ 2010-02-01 21:31:31 ] Maciek: Kurczę, że też musiałem to przeczytać dopiero dzisiaj.
[ 2010-02-02 18:12:29 ] Sherrax: To była ściema w programie nigdzie nie pisało "jlepszego koncertu ostatenigo dziesięciolecia."
[ 2010-02-04 21:07:02 ] El Daniel: Parnassus zajebisty. chyba ze ktos nie lubi odkreconych filmow w dodatku z nuta rozkminy smile
[ 2010-02-04 21:07:23 ] El Daniel: telewizja kłamie. albo program telewizji xd
[ 2010-02-17 20:26:07 ] Dracula: ha, no to semestr do przodu big_smile
[ 2010-02-25 19:22:33 ] Maciek: Ano
[ 2010-02-25 23:12:54 ] El Daniel: co tam! jp na 100%?
[ 2010-02-27 22:56:41 ] Maciek: Oooo nieeeee.
[ 2010-04-07 22:12:07 ] Maciek: Skąd to pytanie w ogóle?
[ 2010-05-24 23:09:44 ] Maciek: ...
[ 2010-06-06 13:14:14 ] babol xD: stęskniłam się za Wami big_smile tylko neta ni mam..
[ 2010-06-06 13:15:51 ] babol xD: pozdrowionka dla wszystkich smile
[ 2010-06-07 00:05:31 ] Maciek: Dzięki, wzajemnie!
[ 2010-06-24 13:10:35 ] Sherrax: siema
[ 2010-06-24 13:11:06 ] Sherrax: Byl ktos na       Sonisphere Festival ?  big_smile
[ 2010-06-25 01:16:04 ] Maciek: big_smile Wiem, że to nie na miejscu pytanie, ale co mi tam: A co to jest? ;]
[ 2010-06-28 22:58:51 ] Firn: Siema ; p
[ 2010-06-28 23:27:58 ] Maciek: Cześć.
[ 2010-07-13 10:35:32 ] Lola Lola: Dzień dobry smile
[ 2010-07-14 22:51:37 ] Maciek: A dzień dobry, dzień dobry, witamy, prosimy.
[ 2010-08-19 21:18:25 ] avelina: Witam, witam:) o zdrowie nie pytam, ale...Jedzie ktoś na Coke Live Music Festival??smile
[ 2010-08-24 11:57:05 ] Lola Lola: Był ktoś na woodstocku? smile
[ 2010-08-30 21:47:46 ] Sherrax: Nie ale byłem w czoraj na Swinipasie w Kultowej w katosach
[ 2010-09-06 11:06:00 ] Maciek: I jak?
Zarejestruj się żeby pisać w shoutboxie.
reklama [AD] Fanlista
© by Opowiadania 2006 - 2010 oparte na silniku Puklerz kontakt z adminem osób online: 6 Google-Pagerank.pl - Pozycjonowanie + SEO