Opowiadania odważnych dla odważnych

Nie wierzę, by poezja mogła zmienić świat. Prawdziwi twórcy zła nie czytają wierszy.
- Wisława Szymborska

Autor: FK
Data dodania: 2008-08-05 23:37:14
Rozmiar czcionki zmniejsz zwieksz
Oceny ocen: 0
Odslon: 1231
Dodatkowe: Wyślij ten adres znajomemu
Widok do druku drukarka

Ballada

OpisRoz. 1 Zaskakująca zamiana
Tresc

    To było piękne leniwe, letnie, późne popołudnie. Słonko przestało przed chwilą przygrzewać i można było upajać się idealną pogodą. Rozbudzone ptaki rozpoczęły letni koncert pełen dźwięcznych treli, wpadających w ucho ćwierków i delikatnych gwizdów. A las dzielnie akompaniamował, pozwalając aby wiatr grał sobie na każdym listku i igiełce, świstał wdzięcznie w opuszczonych dziuplach i pluskał wodą. Ach cóż to była za pora! Godna nie tylko przesłodzonych historyjek dla dzieci. Godna położenia się w hamaku z dobrą książką z dala od nachalnej rodziny, albo miejskiej włóczęgi po spelunkach z najlepszym piwem wraz z najlepszym przyjacielem od kielicha. W kilku prostych słowach było to popołudnie godne robienia tego co każdy człowiek lubi najbardziej. Rozpieszczeni tak cudowną atmosferą nawet wieśniacy odeszli od swoich pól i ciężkiej orki, by przy wspólnych ogniskach narzekać na panów. W dworkach i pańskich domach kazano przynieść najlepsze wina na wieczorne przesiadywanie przed domem, a tak wiecznie nieznośne do tej pory dzieciaki mogły dłużej pobawić się w brudzenie i nabijanie sobie siniaków.
  Wszyscy byli szczęśliwi upajając się pięknymi okolicznościami przyrody…
-Dlaczego, dlaczego, dlaczego!? No dlaczego musiałem zgubić drogę w tej dzikiej puszczy!?- wrzasnął pełnym rozdzierającego bólu głosem jasnowłosy mężczyzna pochylony nad rozłożoną na ziemi dużą mapą
  Hehehe, no za pięknie by chyba było…
-Może dlatego, że jesteś typowym mieszczuchem- odezwał się stojący obok niemłody już łysiejący mężczyzna z ciemną sięgającą końca szyi brodą- Ale spokojnie! Towarzyszy ci przecież jednego z ostatnich prawdziwych druidów Konradzie Werther, więc nie musisz się o nic martwić!
-A o tamtą, czającą się w krzakach zgraję orków też?
  Druid rozejrzał się dookoła i dopiero teraz zorientował, że są obserwowani. Tamci siedzieli w krzakach, pod olchą, której najniższe gałęzie sięgały prawie ziemi i nie wiadomo czemu jeszcze nie atakowali. Może czekali na przywódcę bandy?
  Łysy wybuchł rubasznym, głośnym, długim, straszącym ptaki z pobliskich drzew śmiechem wychylając się do tyłu. Śmiechem zupełnie nie pasującym do druida
-Nie żartuj sobie Konradzie Werther!
  W tym mężczyźnie nie było dosłownie nic druidzkiego. No może oprócz magii.
- Tylko lepiej chwytaj za miecz. Rozprawimy się z nimi rach ciach…
  I nie czekając na reakcję tego zwanego Konradem uniósł kij w którym zabłysła zielona żyłka magii, wypowiedział kilka dziwnych słów i uderzył jego końcem w ziemię. Nie minęło pięć sekund, a niższe gałęzie olchy zaczęły wykręcać się nienaturalnie i żyć własnym życiem. Łapać ukryte w krzakach orki. Próbujące uciec potwory przeszkadzały sobie, wybiegały z krzaków, bądź cięły tym co miały pod ręką gałęzie na oślep.
-Ha! Aż trzech unieruchomionych- ocenił z nieukrywaną dumą w głosie druid
  Reszta napastników musiała wyjść z ukrycia. Rozpoczęła się walka…
-Nie, no, nie dało się Dwyn jeszcze chwile poczekać. To by było po prostu dla ciebie za trudne!
  Konrad czekał gotowy na bezsensownie szarżujących na niego orków. Jego miecz był ładną, dobrze wywarzoną bronią, robioną specjalnie na zamówienie. Bez jakiś rzeźbień i fantastycznych ornamentów, z rękojeścią obwiniętą pasem ze skóry. Przede wszystkim był on zadbany, regularnie czyszczony i dobrze naostrzony. Służył właścicielowi od wielu lat. Ale nie posiadał swojego imienia. To nie byłoby w stylu Konrada przywiązywać się do rzeczy…
-Nie marudź Konradzie Werther, tylko zabijaj! Aby się za bardzo do mnie nie zbliżyli- druid sapnął- No wiesz, magia wymaga koncentracji i odrobiny spokoju
-No, łatwo ci powiedzieć! A mogłem sobie spokojnie pić piwo w tej malutkiej karczmie
  Konrad sprawnym ruchem podciął gardło koniuszkiem miecza kolejnemu zbliżającemu się orkowi.
-No, ale druidowi zachciało się wycieczki nad morze!
-Potrzebowałem wymoczyć moje stare kości! Zresztą, czemu nie próbowałeś mnie powstrzymać? Nie, no bo obiecałeś pewnej dziewce karczemnej naszyjnik z muszelek…
-Może tak zamiast gadania załatwiłbyś tych kilku z tyłu
-Już się robi. W sumie to dobrze nam idzie.
  Druid wypowiedział kilka dziwnych słów, po czym uderzył kijem w ziemię. Chwilkę potem trzy kolejne orki zostały wyrzucone wysoko w powietrze przez gorący gejzer.
-Dobrze?!- mężczyzna schylił się by unikając spotkania z paskudnym toporem. Paskudnym głównie poprzez to jak był brudny, zardzewiały i zdobiony zaschłą krwią i zwisającymi z ostrza kawałeczkami ciał- Patrz ilu ich jeszcze zostało! 
  Jak to powiedziałby Konrad gdyby mu dano: on wiedział, że to wszystko źle się skończy. Tragicznie. Można by się zastanawiać skąd to wiedział. W końcu nikt nie umie przewidzieć przyszłości. A jednak jemu często się to udawało…
  Pierwsza strzała wbiła się druidowi w lewe ramię. Kolejna głęboko w lewy bok. Dwóch spóźnionych orków- łuczników przybyło właśnie prawie pod sam koniec walki. Pewnie specjalnie po to, aby zaskoczyć cieszących się z bliskiej wygranej ludzi.
  Druid upadł. Rany strasznie piekły, paliły, odbierały zdolność ostrego widzenia. I logicznego myślenia. 
  Wściekły wrzask Konrada przeszywa knieje. Głośne dudnienie serca świadczy o wyostrzonych zmysłach. Mężczyzna rzuca się na orka, który próbuje podnieść miecz na druida. Nie ma szans zdążyć. Orka nagle pada. Kolejny, który mierzył się na Konrada też. Z ich gardeł sterczą strzały. Z przeciwnej strony z zarośli wyskakuje pomoc. Ktoś walczący wprost zadziwiająco. Konrad szybko odzyskuje panowanie. Sprawnie wytrąca zbliżającemu się przeciwnikowi broń z ręki. Po czym dobija.
  Walka szybko dobiega końca.
  Dwyn był nieprzytomny. Konrad dopadł jego torby i wysypał mikstury na trawę. Byli przyjaciółmi od wielu lat. To nie mogło się tak skończyć. Nie chodziło tylko o te setki wspólnych przygód i ratowanie sobie tyłków. Chodziło o to, że właśnie miał przed sobą krwawiącego człowieka. Rannego potrzebującego pomocy. Przyjaciela. Gdzie ta cholerna mikstura. Która to? Kurde która?
  Świetnie walczący osobnik też już przy nich był
-Wezmę go do wioski! Do uzdrowicielki! To bardzo niedaleko.
  To była kobieta. A dokładniej jeszcze podlotek. Chuda, ubrudzona czternasto bądź piętnastolatka  w rozpadającym się długim warkoczu. Konrad nie był zdziwiony. No jakżeby mógł!? On, światowiec, wychowany w największym i najbogatszym mieście Romegasu, bywalec największych dworów, znajomy najpotężniejszych magiczek i najgroźniejszych królów, podróżnik obyty zarówno z miejskimi spelunami, jak i długotrwałą podróżą przez dziewicze puszcze? On zdziwiony? Tym dzieciakiem walczącym z niesamowitą szybkością, używającym techniki pełnej salt i kopnięć w locie? Robiącym uniki z taką niesamowitą prędkością? I posługującym się czymś, co wyglądało jak rękawice z długimi, żelaznymi pazurami? Spotkaną tutaj, w środku niezamieszkałej puszczy? Nie no, Konrad nie był w ogóle zdziwiony… 
-Ale najpierw musimy wyjąć mu strzały…
  Przygoda skończyła się tragicznie. Ale to jeszcze nie koniec historii. To dopiero początek. Może być jeszcze dużo gorzej…

-Pański przyjaciel umrze. Żegnam… Moja panno, mam z tobą do pogadania o twoim zachowaniu. Marsz do domu!
  A nie wyglądała na taką. Ładnie starzejąca się kobieta w prostej, czystej, szarej sukience. Miłosierna uzdrowicielka, lecząca ludzi z nakazu serca! No czego jeszcze?!
  Jej domek był, ładny, bardzo zadbany. Pedantycznie zadbany. Idealnie wybielone wapnem ściany i pootwierane na oścież czyściutkie okna pokazujące nieskazitelnie białe firanki. Równo przycięta trawa, żadnych niepotrzebnych chwastów. Wszystkie, mlecze i dmuchawce zostały usunięte, by nic nie mąciło idealnej zieleni i układu trawy. No, a wypielęgnowane kwiaty miały się trzymać pod oknami. W odpowiednim układzie. Na wyplenionej sprawną ręką ziemi. Gdzie ich miejsce. Po prawej stronie rosły sobie spokojnie zioła w wyznaczonych do tego skrzynkach i grządkach. Wszystkie doniczki miały ten sam kolor. Przed domkiem stała ławeczka. Uzdrowicielka kochała na niej siadać w ciepłe wieczory i wyplatać koszę z wikliny, albo czytać po raz setny Zielnik Użyteczny i Podstawy Medycyny, które zachowała od czasów studiów. To co, że znała je prawie na pamięć? A wszystko urozmaicała sobie wrzeszczeniem na wioskowe dzieciaki strasząc je rodzicami. Kochała straszyć dzieci rodzicami. Ot, takie małe hobby.
-Co?!
-Umrze. Pożegna się z tym światem. Będzie ładny pogrzeb na którym ludzie będą płakać i tyle. Zresztą, jeśli się w jego wieku podróżuje… Zamiast siedzieć w jednym miejscu i pić grzane wino dla zdrowia. Albo mieć młodą kochankę. To też podobno sprzyja długowieczności. No, ale jeśli ktoś wybiera podróżowanie, to co się dziwić… Jego wina…
-Ale dlaczego? 
-No właśnie cioteczko? Dlaczego? Widziałam te rany i nie wyglądały na takie z którymi nie dałabyś sobie rady- wtrąciła się ta młoda dziewczyna
-Rany nie stanowiły problemu. A ty się nie wymądrzaj tak dziecko
-Nie możesz mi zabronić się odzywać!
-Marsz do domu! Potem złoję ci skórę! 
-Nie możesz mi rozkazywać! Już tu nie mieszkam
-Zobaczymy jak długo. Ja sobie z Sianokosem porozmawiam! Co to za wójt zgadzający się aby dziecko przejęło funkcję łowczego i obrońcy wioski? W naszych, niebezpiecznych czasach?
  Konrad przysłuchiwał się tej bezsensownej wymianie zdań. Zupełnie nie związanej z życiem jego biednego przyjaciela. Pozostawionego na pastwę tej przerażającej kobiety…
  Od przybycia do wioski kilka godzin temu zdążył już zrobić wiele rzeczy.
  Zdążył już coś zjeść. Od razu został zaproszony na syty obiad, a pod domem wójta Sianokosa zebrał się tłum czekający na opowieść. I były to nie tylko dzieciaki. Była to prawie cała wioska, traktująca przybycie obcego jak święto. Dobiegające z zewnątrz wrzaski i mężczyźni pchający się do cudzego domu oknem mogli zepsuć posiłek każdemu. Dlatego spróbowała zastąpić go ta młoda dziewczyna, Augusta. Dzielnie wyszła do spragnionych nowych, interesujących historii wieśniaków, siadła na parapecie i zaczęła opowiadać jak tropiła orki. Ludzie szybko uciekali do domów.
  Zdążył już dowiedzieć się, czemu tereny które uważał za niezamieszkane są jednak zamieszkałe. Projekt kolonizacyjny graniczącego i chcącego wchłonąć te ziemie niczyje Toll. Wioska była młoda, a utrzymanie tutaj trudne. Ale ludzie jakoś sobie radzili powoli karczując las, budując domy i zakładając pola.
  Zdążył się również trochę dowiedzieć o młodej wybawicielce. Kilkutygodniowe dziecko przyniesione przez umierającą kobietę wychowywała, z dobroci swojego serca oczywiście, no i przyrzeczenia złożonego umierającej, uzdrowicielka. Po cichu liczyła na uczennicę i następczynie. Ale dziewczynka mimo jej sprzeciwów od dawna uczyła się też rzemiosła u wiekowego łowczego i obrońcy wioski. Cudzoziemca który przybył z odległego Chanaru, wraz ze swoją wiedzą i dziwną techniką walki. No, wolała to po prostu, zupełnie nie licząc się z uczuciami jej jakże przecież miłosiernej i wspaniałej cioteczki. Smutne, prawda? Dlatego naturalną koleją rzeczy dziewczyna przejęła funkcję łowczego kilka miesięcy temu. Po jego naturalnej śmierci. Której nikt się rzecz jasna nie spodziewał. I nie zdążył posłać po zastępstwo do Toll. Oczywiście tylko uzdrowicielka się wściekła. Jak zwykle…
  Zdążył poznać sprytnego, wygadanego wójta i jego piękną żonę, oraz pokłócić się z jakimś wieśniakiem, że nie sprzeda mu popsutej harfy przytroczonej do juków. Nawet jeśli miałby to być wyśniony prezent dla ukochanej tamtego. I najlepszy sposób na uwiedzenie jej. Bo to cenna pamiątka.
  A teraz powoli nadchodził zmrok i słonko kryło się swoim odwiecznym zwyczajem za horyzont.
  A on nie zdążył tylko dowiedzieć się co z jego przyjacielem. Okazało się to bardzo trudne! Powoli tracił cierpliwość…
-Cisza!- wrzasnął na kłócące się kobiety- Chcę wiedzieć co z moim przyjacielem! Jeśli nie rany go zabijają to co?
  Obydwie mrugając popatrzyły na niego
-Nie powiem panu- odrzekła wreszcie lodowato uzdrowicielka- Bo za raz będą bezsensowne nadzieje i błaganie o walkę o jego życie do ostatniej chwili.
-Czyli jest jeszcze nadzieja?!- spytał Konrad z nadzieją w głosie
-Nie, nie, nie, tylko nie to! Daj mi spokój młodzieńcze!
-Czemu nie chce pani go wyleczyć? Czemu?
-Cioteczko Teklo, ty po prostu nie chcesz by on przeżył!- zaatakowała młódka- Czyżbyś chciała przekwalifikować się na nektomantę? Super!
  Konrad popatrzył pytająco na uzdrowicielkę
-Tak, ona zawsze tak głupio gada
-To czemu mój przyjaciel umiera?
  Nastało milczenie. Z sąsiedniego domu dało się słyszeć ujadanie psa, po czym czarny kot, chudy, pospolity dachowiec, wyleciał zza płotu i nie oglądając się za siebie popędził gdzieś przerażony. Rzeczywiście, ujadanie psa mogło pozbawić słuchu. Z pobliskiego orzechowca wzbił się kruk. Już wiedział, że nic tu po nim. Uzdrowicielka skapitulowała.
-No dobrze. Powiem. Ale nie chce potem żadnych szlochów i oskarżeń jeśli coś pójdzie nie tak. Nie chcę wysłuchiwać i zawiedzionej nadziei. W ogóle nie chcę wysłuchiwać o nadziei! Ja też mogę się mylić!
-Oczywiście
-Strzały były zatrute. Roślina nazywa się Kwiat Boru. Jest typowo magiczna. Z tych co płoną i się nie spalają. Co to zadziwia niewidzących nic ludzi. Aby go wyleczyć potrzebuję czterolistną koniczynę. Ale, nie, nie przerywaj mi. Nie starczy, że uda się pan do jakiegoś innego uzdrowiciela, czy spróbuje kupić w jakiejś świątyni. Musi pan ją znaleźć gdzieś tam- machnę ręką w nieokreślonym kierunku- na naszej Świętej Górze. Bo ziemia tam jest przesiąknięta magią, co odpowiednio wzmacnia właściwości czterolistnej koniczyny.   
  Znowu zapanowała cisza. Atmosfera zrobiła się nagle dużo przyjemniejsza. Rozluźniła się. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Zawiał ten taki przyjemny letni wietrzyk rozwiewając malowniczo włosy uzdrowicielki.
-Czyli jest jeszcze nadzieja. O jak dobrze
  Konrad nagłym, wybuchem emocji i zupełnie nieprzewidywalnym ruchem pełnym radości, wdzięczności i… jeszcze większej dawki nieopanowanej wdzięczności przytulił uzdrowicielkę.   
  Kobieta chrząknęła.
  Atmosfera momentalnie wróciła do wcześniejszego stanu.
-Ale jak pan pewnie wie czterolistną koniczynę jest prawie niemożliwe znaleźć. To trzeba mieć wprost cholerne szczęście. Więc, ha!, szczęścia życzę.
-Ja wiem kto nam może pomóc!- wrzasnęła uradowana dziewczyna- Spieszmy się, spieszmy…
  Uzdrowicielka, widząc, że nie wygra zdusiła w sobie to co chciała naprawdę powiedzieć. Potem sobie z córką porozmawia. I zrobi z niej jeszcze prawdziwą uzdrowicielką. Oj zrobi…
-Ale może poczekacie do jutra? Dziś jest już za późno
-No to wyruszamy jutro z rana!- znowu radośnie podsumowała młoda dziewczyna
-Ale masz moja panno wrócić na kolację!
-Już nie jadam w domu!
-Nie, nie, nie! Nie o to mi chodzi! Eh! Jeśli nie wrócicie do wieczora to już nic nie będzie dało się zrobić…o ile w ogóle dożyje wieczora
-I tak bardzo dziękuje- Konrad ukłonił się z szacunkiem
-Nie ma za co. Należy się 50 dukatów za wyleczenia ran. Plus 20 za poradę. Tylko gotówka…

  Tak, to Konrad stał pośród tej dzikiej, kwietnej polany z gębą rozdziawioną na oścież i oczami wielkimi oraz okrągłymi. Jego twarz przybrała wszelakie syndromy zdziwienia, osłupienia, zaskoczenia i niedowierzania własnemu wzrokowi. Szok i oszołomienie zawładnęły na kilka sekund jego rozumem, a zdrowy rozsądek schował się w najciemniejsze zakamarki mózgu. Wiał ciepły wietrzyk, a ranek zmieniał się powoli w gorące przedpołudnie nie sprzyjające nieprzewidzianym zdarzeniom i grożące problemami z układem krwionośnym. A w szczególności sercem.
  Dlaczego, no dlaczego? Dlaczego do jasnej cholery nikt mnie nie ostrzegł!?
  O nie, nie myślcie, że Konrad nie miał prawa tak zareagować. Każdy, kto zobaczyłby to widowisko bez wcześniejszego przygotowania narażony był na szok. Dzika polanka przedstawiała się niczym jezioro zielonej trawy pełnej przebijających się najwspanialszych barw:  błękitnych niezapominajek, krwawych maków, słonecznych mniszków lekarskich, fioletowych i postrzępionych chabrów oraz śnieżnobiałych rumianków. A pomiędzy nimi żeglowały chmary bielinków, cytrynków i paziów królowej chwaląc się swoimi pięknymi skrzydłami oraz bzyczące melodyjnie pszczoły. Ale to nie ta idealna harmonia dzikich barw i dźwięków tak zaskoczyły podróżnika.
  Pomiędzy całym tym bajkowym obrazem przemieszczały się półprzeźroczyste prawie ludzkie postacie. Ale ich włosy były jak liście. Albo trawa, jak u tamtego osobnika. No i były wyższe. Chociaż może to tylko złudzenie? Tak dziwnie załamywało się na nich światło słoneczne. Jak na spokojnej tafli jeziora. Miały, dziwne, głupkowate uśmieszki, nie zmieniające się jednostajne wiecznie zadowolone wyrazy twarzy. Ewidentnie interesowały się tylko kwiatuszkami. I drzewkami. I motylkami, i trawką i pszczółkami. A przemieszczały się tak, że nie poruszały żadnego źdźbła, nie odstraszyły żadnego motyla. I no, były zupełnie nagie.   
  Jedna z takich postaci właśnie zaczęła sunąć…tak, sunąć jest tu bez wątpienia lepszym słowem niż iść, oddaje płynność ich delikatnych ruchów… sunąć w stronę Konrada. Patrzył się na nią nie wiedząc co zrobić. To niesprawiedliwe! On, doświadczony światowiec znowu się czemuś dziwił! A kobieta tak jakby go zauważyła. Zatrzymała się na sekundkę niecały metr od niego, uśmiechnęła słodziusieńki i… i nie pytając nikogo o zdanie przeszła przez niego sunąc dalej wcześniej obraną trasą. A Konrad? On nie poczuł dosłownie nic dziwnego. No, może oprócz delikatnego ruchu powietrza wokoło. Był zawiedziony.
-Panie Konradzie! Czy coś panu jest?- spytała zmartwionym głosem stojąca obok Augusta
-Co? Kto... co, no co to jest? Kto to jest?
-A, oni- dziewczyna machnęła ręką- To moi przyjaciele. Pomogą nam.
-To przecież duchy!- Konrad starał się powstrzymać bezradne gestykulowanie rękami i pesymistyczne myśli pełne wysysania energii i niewrażliwości na miecze
-Panie Konradzie to leśne duszki. Niech pani nie mówi, że nigdy pan o nich nie słyszał.
-Ale myślałem, że one występują tylko w bajkach!
-Każda bajka opiera się na prawdzie
-I, że nie są przychylne ludziom
-Panie Konradzie, niech pan w bajki nie wierzy
  Hmmm, to zabrzmiało nawet logicznie. Zaskakująco logicznie.     
-Leśne duszki kochają wszystko co żyje i nigdy niczemu nie robią krzywdy. Mieszkają w drzewach, krzewach i rzekach i podziwiają las i dziką przyrodę.  No podobno. Wiedzą dokładnie gdzie w lesie znajduje się jaka roślina.  Jest tylko jeden problem.
-No? Jaki?- Konrad wymownie zmarszczył brwi. On wiedział, że musi być jakiś problem.
-Bardzo trudno się z nimi rozmawia
-Czyli…- poganiał podróżnik
-To wymaga bardzo dużej cierpliwości
  Dziewczyna westchnęła ciężko. Zamknęła na chwilę oczy. Widać było, że przed nią ciężkie zadanie. Że się szykuje. Jak na bitwę. Po czym otworzyła je i żwawym krokiem ruszyła w stronę jednego z przedstawicieli leśnych duszków. Ten miał akurat włosy dosłownie koloru świeżej trawy i właśnie zachwycał się bezgłośnie nad jakimś dmuchawcem wzdychając rozkosznie od czasu do czasu.
  Gdy zauważył idącą w jego kierunku dziewczynę chciał się ewakuować pozostawiając obiekt swoich westchnień. Ale nie zdążył. August zastąpiła mu drogę z głośnym „Stój” i ręką wyciągniętą do przodu. Patrzył przez chwilę na nią  nie wiedząc co począć.
-Witaj piękna Augusto- rozpoczął wreszcie- Jakżem rad, żeś nas znów odwiedziła. Czy podziwiałaś już te piękne maki z wschodniej części łąki? Zwróć uwagę jak jeden z nich ma wspaniale rozstawione płatki.
-Witaj leśny duchu. Czy możesz mnie i mojemu przyjacielowi wskazać jakąś czterolistną koniczynkę rosnącą gdzieś tu na Świętej Górze?
-Podziwiałem dzisiaj dmuchawce. Uwielbiam je piękna Augusto. Są tak krótkotrwałe. Tak szybko przemijają…
  Dziewczyna znów westchnęła. Zapowiadała się ciężka i długa rozmowa pełna opisów pięknych kwiatów, częstego odwracania uwagi wskazując na niezwykłość jakiejś rośliny i usilnego tłumaczenia, że to przecież chodzi o życie człowieka. Życie, które według nich przecież i tak prędzej czy później straci…
  Pewnie nie wiecie, bo wszystko co słyszeliście o leśnych duszkach pochodzi z bajek, ale są to chyba najbardziej wyniosłe istoty jakie stworzył świat. Dumne z tego, że całe dnie spędzają na podziwianiu przyrody nie przejmując się bytem materialnym i nie stwarzając żadnych konfliktów Ale nie umieją też rozmawiać z innymi rasami. Bo inne rasy zamiast siąść spokojnie i godzinami oglądać piękne kwiatki, poruszające się na wietrze źdźbła trawy, czy spadające liście muszą walczyć o złoto i kobiety, zabijać się z powodu zazdrości i tworzyć niepotrzebne codzienne problemy. Odpowiedz na każde pytanie była przecież jakże prosta.  Dlatego leśne duszki starają się nie pokazywać innym, jakże nie rozumiejącym świata rasą. Wszystko co żyje jest piękne… dopóki nie zacznie gadać.
  „Kurak wodny!” przeklęła dziewczyna w myślach tak, jak uczyła ją cioteczka, gdy ta zaczynała przeklinać jak chłopaki. Jakżeby wolała sobie teraz na przykład pobiegać.

  „Kurak wodny!”
  Augusta zaczynała tracić oddech. Konrad nie był w lepszym stanie. Biegli od dłuższej chwili. I zaczynało do nich docierać, że ucieczka się nie uda. Dlaczego nikt nie powiedział, że czterolistna koniczynka rośnie tuż przy obozowisku pełnym orków? No dlaczego?!
  Wpadli na polankę. Tak, na tę śliczną  polankę na której wcześniej próbowali porozumieć się z leśnymi duszkami. Teraz wszystkie te istoty pochowały się w najlepsze w swoich drzewach i kwiatach. Obserwują pewnie bardzo zdegustowane walkę z ukrycia.
  Dziewczyna przyklękła i wysoka trawa zakryła ją całą. W tym samym czasie przyszykowała łuk.
  Konrad chwycił miecz. Ale przeciwników było za dużo. Naprawdę mieli małe szanse. 
  Pierwsza strzała poleciała trafiając w gardło najszybszego z orków. Nie warto być najszybszym. Za raz potem drugi pocisk położył kolejnego przeciwnika.
  Konrad usilnie myślał. Myślał jak przeżyć. I jak dostarczyć koniczynę uzdrowicielce. Żeby tylko nie zniszczyła się w kieszeni jego spodni.
  Różnobarwna banda przeciwników była coraz bliżej. Nie! Chmara to lepsze określenie. Różnobarwna chmara połyskująca w słońcu żelazem ostrzy i niemytymi kłami.
-Leśne duszki, pomóżcie nam!
  To zabrzmiało strasznie głupio! Konrad sam się zdziwił  jak to głupio zabrzmiało. Jakby wzywać na pomoc istoty z bajeczek. Za raz, za raz! To prawie tak właśnie było.
-Nie- dało się słyszeć odpowiedz z pobliskiego drzewa
-Nie możemy walczyć. Walka nie leży w naszej naturze.- pierwszy przeciwnik dobiegł do podróżnika
-Nigdy nie skrzywdzimy niczego, co żyje…
  Pierwszego Konrad bez problemu ciął ostrzem miecza w gardło. Ci pierwsi byli najprostsi. Gorzej było potem.
-Na razie chodzicie sobie i podziwiacie przyrodę.- Konrad jednocześnie zablokował cios i schylił się przed innym atakiem- Ale orków jest dużo. Będą palić ogniska i budować domy. Teraz, jak już tu przyszły zaczną ścinać wasze drzewa i niszczyć wasze polany. I będzie ich coraz więcej.
  Kolejny zabity o mało nie wywrócił się wprost na podróżnika. O mało uniemożliwiłby mu dalszą obronę. Na szczęście postanowił paść na prawo przygniatając swojego współplemieńca. Wokół Konrada zaczynał tworzyć się tłumek krwiożerczych potworów o głowach dzikich świń.  Zresztą Augusta nie miała lepiej.
-Co wtedy z sobą zrobicie?- wrzeszczał- Co zrobicie, gdy Święta Góra przestanie istnieć? Pójdziecie gdzie indziej? A tam czeka was to samo. Dogadacie się z innymi rasami, by dały wam spokojnie mieszkać tam gdzie się osiedlicie? Inne rasy muszą mieć z tego jakieś korzyści. A może staniecie w obronie waszego domu? Już teraz, póki macie jeszcze szanse.
  To była południowa, słoneczna pora. Niebo spurpurowiało. Nagle i bez ostrzeżenia. Leśne duszki wychodziły z swoich kryjówek. I nie wydawały się milutkie jak istoty z bajek dla dzieci. Nawet one musiały stawać w obronie swojego domu. Nagle okazało się, że postacie z bajek są bardziej potężne i krwiożercze, niż można się było spodziewać. Jeśli chcesz móc codziennie podziwiać sobie kwiatuszki i listki i nie mieszać się w konflikty innych robiąc sobie tym przyjaciół bądź wrogów musisz być bardzo potężny. I nawet wtedy nie zawsze się to udaje.
  Ich piękna polana zamieniła się w morze krwi i szczątek ciał. Ale to nic. Za niedługo i tak pokryje to świeża warstwa ziemi, trawy i kwiatków, które wyrosną na dobrze użyźnionej glebie.

  Letnie dni mijają szybko. Pełne gorąca i słonka dającego ludziom optymizm. Zwiększającego ilość endorfiny  we krwi. 
-Dlaczego, dlaczego, dlaczego!? No dlaczego musiałem zgubić drogę w tej dzikiej puszczy!?- wrzasnął pełnym rozdzierającego bólu głosem jasnowłosy mężczyzna pochylony nad rozłożoną na ziemi dużą mapą
  Hehehe! No chyba nie u niego.
  Ale tym razem nie było przy nim przyjaciela, który dobrym słowem pocieszyłby go w trudnej chwili.
-Ehę!, może ja pana wyprowadzę?- okrążając dorodny krzak stanowiący odpowiednią osłonę pokazała się Augusta
  Ubrana była w czysty, wygodny strój. Długie spodnie, czystą białą, lnianą bluzkę i zieloną kamizelkę. Czarne, długie włosy zebrane miała w gruby warkocz. Przy pasku z bajeczną klamrą przyczepione miała te cudaczne rękawice z pazurami. I to tak zmyślnie, takimi zatrzaskami, że starczyło włożyć w nie ręce i szybko odpiąć kciukiem w razie potrzeby.   
-To jedźmy
  Dziewczyna gwizdnęła na konia. Gdy wsiadała na niego Konrad nie mógł nie zauważyć, że oprócz łuku i kołczanu ze strzałami do siodła miała przytwierdzone spakowane juki. Nie wróżyło to nic dobrego. Eh, znowu coś się święciło. Konrad wcale nie był zadowolony. Ale wiedział co będzie dalej.
-W sumie to dobrze, że Tekla i pan Dwyn się odnaleźli. Zakochali w sobie- zagadała dziewczyna
-Dobrze- powtórzył Konrad nie chcąc zdradzać co naprawdę myśli
-Tworzą piękną parę. Na pewno będzie im razem dobrze
-Na pewno- Konrad starał się z całych sił, aby wyglądało, że on też w to wierzy
-Ale byłam naprawdę zaskoczona, gdy wczoraj pan Dwyn oświadczył, że zostaje z cioteczką Teklą, a nie rusza z panem
  Konrad wzruszył ramionami. Tak to jest mieć przyjaciół za których naraża się życie i dla których szuka czterolistnej koniczynki. Tacy zawsze cię zdradzą z jakąś wioskową uzdrowicielka.
-Przecież, po kilku dniach kuracji cioteczki powinien być już w pełni sił.
-Hm, zależy po jakiej kuracji- podróżnik uśmiechnął się pod nosem   
  Przez chwilę panowała cisza. Dziewczyna bardzo usilnie chciała coś powiedzieć. Tylko nie wiedziała jak. Wreszcie wybuchła.
-Panie Konradzie, czy mogę z panem jechać? Poznać miasta. Wielki świat. Chcę być takim światowcem jak pan. A poza tym od kiedy pan Dwyn się wprowadził… no… eee… No nie pasuje mi to.
-Czy jeśli powiem nie, zawrócisz do wioski i dasz sobie spokój
-Nie. Wtedy wyruszę sama.
  Podróżnikowi od razu przeszło przez myśl wszystko co może się przytrafić nie znającej życia, samotnej dziewczynie w ludzkich miastach. I prawie wszystko to było złe. Nie może jej tak niestety zostawić. Eh, życie jest okropne.
-Na razie możesz ze mną jechać 
-Huraa!!!! Naprawdę się cieszę. Bardzo się cieszę. Ulżyło mi. Bałam się, że pan będzie miał wszystko przeciw…
  Ależ Konrad miał wszystko przeciw. Już czuł, że nie będzie dobrze. Że głupiutka, naiwna, niedoświadczona przez życie dziewczyna przysporzy mu mnóstwo problemów. Eh, czemu to życie jest takie niesprawiedliwe?
-Ale mieliśmy przygodę, co nie panie Konradzie? Orki, zatrute strzały, magiczne miejsca i potężne istoty i niepozorne roślinki. Tego to by starczyła na dobrą opowieść… Panie Konradzie, panie Konradzie…- udało jej się. Wyrwała go z zamyślenia- A te leśne duszki. Jakie się potężne okazały. Skąd pan wiedział, że mają taka moc? Skąd pan wiedział, że zaatakują? Pan to jednak musi być bardzo mądry.
  Konrad myślał o zupełnie czym innym. O tym, że właśnie zamienił jednego, niewiernego optymistę na naiwną i niedoświadczoną optymistkę. Westchnął ciężko. Jakie to życie jest niesprawiedliwe!
-Każdy, kto chcę być szczęśliwy musi być choć trochę hipokrytą- wyjaśnił- A leśne duszki chcą być przede wszystkim szczęśliwe
  Ale może nie będzie, aż tak źle. A zawsze lepiej podróżować z kimś. To zawsze łatwiej. Szczególnie z kimś kto może pomóc przeżyć. Przyjrzał się gadającej dalej dziewczynie.
-Zaraz, zaraz Augusta! Ty nie jesteś człowiekiem! Ty jesteś półelfką!     


Zawsze walczcie o to, co daje wam szczęście
Pozdrowienia, FK

Roz.2: http://puklerz.pl/artykul,id645.htm

Zobacz tez

Skomentuj prace

Dodaj komentarz
Pseudonim
Tresc
User Gość
Data 2010-09-09 23:50:11
Zapisywanie
Shoutbox
[ 2010-01-31 09:24:28 ] Maciek: Ale co?
[ 2010-01-31 12:02:59 ] KRISS221i: avatar z góry zaczełem czytać
[ 2010-01-31 12:14:42 ] Maciek: Ahaaa. Ja nie oglądałem. Jeszcze.
[ 2010-01-31 12:26:32 ] KRISS221i: i nie polecam
[ 2010-01-31 15:49:03 ] Merrik: A bł ktoś może na Parnassusie?
[ 2010-01-31 16:19:30 ] Misiael: Dziś o 23:30 chcę Was widzieć przed telewizorami - na TVP 2 będzie retransmisja najlepszego koncertu ostatenigo dziesięciolecia.
[ 2010-02-01 21:31:31 ] Maciek: Kurczę, że też musiałem to przeczytać dopiero dzisiaj.
[ 2010-02-02 18:12:29 ] Sherrax: To była ściema w programie nigdzie nie pisało "jlepszego koncertu ostatenigo dziesięciolecia."
[ 2010-02-04 21:07:02 ] El Daniel: Parnassus zajebisty. chyba ze ktos nie lubi odkreconych filmow w dodatku z nuta rozkminy smile
[ 2010-02-04 21:07:23 ] El Daniel: telewizja kłamie. albo program telewizji xd
[ 2010-02-17 20:26:07 ] Dracula: ha, no to semestr do przodu big_smile
[ 2010-02-25 19:22:33 ] Maciek: Ano
[ 2010-02-25 23:12:54 ] El Daniel: co tam! jp na 100%?
[ 2010-02-27 22:56:41 ] Maciek: Oooo nieeeee.
[ 2010-04-07 22:12:07 ] Maciek: Skąd to pytanie w ogóle?
[ 2010-05-24 23:09:44 ] Maciek: ...
[ 2010-06-06 13:14:14 ] babol xD: stęskniłam się za Wami big_smile tylko neta ni mam..
[ 2010-06-06 13:15:51 ] babol xD: pozdrowionka dla wszystkich smile
[ 2010-06-07 00:05:31 ] Maciek: Dzięki, wzajemnie!
[ 2010-06-24 13:10:35 ] Sherrax: siema
[ 2010-06-24 13:11:06 ] Sherrax: Byl ktos na       Sonisphere Festival ?  big_smile
[ 2010-06-25 01:16:04 ] Maciek: big_smile Wiem, że to nie na miejscu pytanie, ale co mi tam: A co to jest? ;]
[ 2010-06-28 22:58:51 ] Firn: Siema ; p
[ 2010-06-28 23:27:58 ] Maciek: Cześć.
[ 2010-07-13 10:35:32 ] Lola Lola: Dzień dobry smile
[ 2010-07-14 22:51:37 ] Maciek: A dzień dobry, dzień dobry, witamy, prosimy.
[ 2010-08-19 21:18:25 ] avelina: Witam, witam:) o zdrowie nie pytam, ale...Jedzie ktoś na Coke Live Music Festival??smile
[ 2010-08-24 11:57:05 ] Lola Lola: Był ktoś na woodstocku? smile
[ 2010-08-30 21:47:46 ] Sherrax: Nie ale byłem w czoraj na Swinipasie w Kultowej w katosach
[ 2010-09-06 11:06:00 ] Maciek: I jak?
Zarejestruj się żeby pisać w shoutboxie.
reklama Fanlista
© by Opowiadania 2006 - 2010 oparte na silniku Puklerz kontakt z adminem osób online: 7 Google-Pagerank.pl - Pozycjonowanie + SEO