Opowiadania odważnych dla odważnych

Nie wierzę, by poezja mogła zmienić świat. Prawdziwi twórcy zła nie czytają wierszy.
- Wisława Szymborska

Autor: Arthen
Data dodania: 2008-04-22 20:36:23
Rozmiar czcionki zmniejsz zwieksz
Oceny 5 ocen: 1
Odslon: 1346
Dodatkowe: Wyślij ten adres znajomemu
Widok do druku drukarka

Bivon - rozdział I

OpisPowieść o wojowniku z odległej krainy...
Tresc
Ostatnie promienie zachodzącego słońca oświetlały niewielką piaszczystą drogę wśród lasu złożonego z setek, a może i nawet tysięcy buków, brzóz i innego rodzaju drzew i krzewów. Po zachodniej stronie drogi, pomiędzy drzewami można się było dopatrzeć najmniejszego szczytu Gór Srebrnych: Uirhi. Wielka pusta polana, otoczona tuzinem starych dębów roztaczała wokół siebie dziwną aurę magii, aurę nienaturalnego spokoju i ładu. Leżała nieopodal szlaku leśnego, z którego jak było powszechnie wiadomo, łatwo można było zboczyć. Na polanie, zwykle o tej porze wypoczywał myśliwy o imieniu Teorf. Zawsze siadał na trawie i godzinami wpatrywał się w zachodzące słońce, a potem w księżyc. Przyciągała go tutaj nie tyle same, proste piękno polany, co cudne powietrze, muskające go delikatnie w policzki i szum biegnącego nieopodal strumienia.

Teorf wyglądał na około czterdzieści lat. Był człowiekiem średniego wzrostu o żywych, brązowych oczach przyjaźnie spoglądających na świat. Był myśliwym, ale dość nietypowym, bo polował tylko na wilki, które według niego tylko szkodziły innym leśnym zwierzętom. Szedł właśnie cichym krokiem ku wymarzonemu miejscu, lecz nagle przystanął. Dostrzegł przez drzewa sześć uzbrojonych postaci, każda miała narzucony na siebie czarny płaszcz z kapturem. I jeszcze jedno niepokoiło myśliwego; usadowili się pośrodku owej polany do której zmierzał i rozpalili ognisko.

Pomimo powszechnie panującej opinii na temat grup zbrojnych w lasach, wiedzieć należy, że ta była szczególnie godna uwagi jak i umiejętności szybkiego biegu. Osobnicy, którzy zatrzymali się w tej polanie stanowili bandę Orrina, znanego na całym świecie łupieżcy, który specjalizował się w napadach na bezbronne wioski, sam jednak był tchórzem i nie potrafił dobrze władać bronią. Powiadano o nim, że jest niski, był najprawdopodobniej krasnoludem, a rozpoznać go można było po zamazanym, poskręcanym znaku na płaszczu i dłoni. Przeszłość jego jest mglista i mało kto ją znał. Mówiono tylko, że był kiedyś jednym z najznamienitszych dowódców ze swoich stron, jednak w pewnym momencie stracił to wszystko i opuścił swój dom i zaczął prowadzić łupieżczy tryb życia. Zjednał sobie całkiem sporo opryszków chodzących po całym świecie, umiejętnie nimi manipulował. Dochody czerpał ze swoich wypraw, których w ostatnich miesiącach (Iarowi niech będą dzięki) było coraz mniej - nakazał więc oddawać sobie czwartą część tego co rozsiani po całym świecie, dowódcy poszczególnych grup zebrali.

Teorf dobrze o tym wiedział i patrząc na nich bardzo niechętnie przyjął wieść o tym, że banda Orrina się tutaj zatrzymała, a jego niechęć zwiększyło zmęczenie, bowiem dzisiejszy dzień przeleciał mu w pocie czoła i ciężkiej pracy nad naprawą swojej leśnej chatki. Był spokojnym człowiekiem, w miarę swoich możliwości odsuwał się od powszedniego życia miejscowych, a po wieści przychodził sporadycznie. Nie mieszał się w sprawy polityki, chociaż w głębi ducha chciał przystąpić do armii zertothskiej i pomóc im w ich słusznej sprawie. Nie lubił rozbojów i walk, a przelanie krwi zdarzyło mu się tylko raz, właśnie pod wpływem jednej z band Orrina, łatwo można było zatem wytłumaczyć jego niechęć do nich.

Teorf podkradł się bliżej i zręcznie wdrapał na najbliższe drzewo by nadal pozostać niezauważonym i móc lepiej dosłyszeć o czym rozprawiają. Przeklął w duchu - nic nie usłyszał. Chwycił się najbliższej gałęzi, napiął mięśnie i jak najciszej potrafił, podciągnął się. Nogami zahaczył o bliższą gałąź i tam się usadowił. Teraz rysy jego twarzy przybrały twardy, dziki wygląd, patrzył na obcych nieufnym wzrokiem, a prawa ręka ściskała kościaną rękojeść obosiecznego sztyletu, długiego na jedenaście cali. Przez chwilę siedział lekko zdenerwowany, również niczego nie usłyszał, aż w pewnym momencie zza drzew wyłoniła się siódma zakapturzona postać w czarnym zwisającym do stóp płaszczu. Splunął na ziemię i burknął donośnym głosem.
- Gówno. Gówno powtarzam, W tym lesie gówno jest. Żadnej zwierzyny, nawet zająca.- beknął głośno, rzucił na ziemię małą, podwójną kuszę i nie patrząc na to gdzie sadza swój zad, gruchnął na wypchaną torbę odsłaniając tym samym brązowe, wykonane ze słabej jakości materiału, spodnie i
- Uważaj co robisz idioto!- krzyknął do niego inny zakapturzony.- Nie myjesz dupy i jeszcze się sadzasz na żarciu?! Złaź prędko!- przybysz zszedł niechętnie mrucząc coś pod nosem. Usiadł w innym miejscu, obok największego z zakapturzonych obcych.
- Te, a może by tak przeczesać las i zarżnąć jakiego leśniczego? Albo chociaż żarcie mu ukraść, na pewno ma jakieś mięcho suszone.- odezwał się siedzący najbliżej ognia,
- To szukaj durniu. Zaraz ciemno się zrobi, gówno będzie widać, a ja paradować po tym lesie nie zamierzam, wiesz jakie opowieści o nim krążą. Przekleństwo niech spadnie na tych bajarzy!- odpowiedział największy. Jeden z obcych wstał i wyjął z torby zapasy żywności.
- Co tam robisz Op?- zapytał niedoszły myśliwy.
- Skoro nic nie upolowałeś to zeżrem swoje zapasy nie? Nie zamierzam być głodny, a w czasie jazdy na pewno trafi nam się jakiś łebek z wypchaną sakwą, kupimy za to nowy zapas żarcia.- odpowiedział i zabrał się za jedzenie. Jego towarzysze zgodzili się z nim i również wyjęli ze swych torb jedzenie. Podczas posiłku rozprawiali o swoim ostatnim napadzie na wiejską karczmę, Teorf domyślił się, że chodzi o "Spalone drzewo", jedyną karczmę w okolicy. Pracował w niej pobożny i uczciwy Peth, był w podeszłym wieku.
No tego to nie można im już puścić płazem. Pomyślał. Ale co mógłby zrobić? Był sam, ze sztyletem, a łuk swój i kołczan strzał zostawił w domku. Przeklął swoje nieszczęście, poczuł narastający w nim gniew, a w duchu przyrzekł sobie, że odtąd zawsze będzie nosił w pogotowiu broń, niezależnie od chwili.

Podczas posiłku uważnie przyjrzał się obcym, mimo tego, że ciemniało coraz bardziej. U największego z nich dostrzegł siwą brodę, a na nieosłoniętej dłoni niewyraźny znak, dziwnie poskręcany, co utwierdziło go w przekonaniu, że byli to pachołkowie Orrina. Byli wysocy na cztery stopy, więc zapewne byli krasnoludami. Bardzo to dziwiło Teorfa, bo krasnoludy rzadko zapuszczały się w lasy, a jeszcze rzadziej widziano ich w tych okolicach, z racji bitwy przegranej pół roku temu na równinach Peori. Minuty zamieniały się w godziny, ale Teorf ani myślał zasnąć, bądź wracać do domku, choćby po łuk, choć jego umysł coraz mocniej domagał się snu. Bał się, że obcy odejdą. Czekał więc cierpliwie wśród kłębowiska myśli, wciąż mocno trzymając rękojeść sztyletu, gdy z dołu jakaś ręka pociągnęła go gwałtownie ze sobą ...



***




Wysoki mężczyzna prowadzący białego wierzchowca, zmęczonego całodniową podróżą, zatrzymał się i rozglądnął po lesie. Niewiele mógł zobaczyć, księżyc wszedł wysoko na niebo. Podróżnik miał regularne rysy twarzy, jasne włosy i błękitne, zmęczone oczy. Pod czarną opończą zarzucił na siebie prostą, zieloną, znoszoną koszulę. Z bliska podróżnik wydawał się być ubogi, gdyby nie wspaniały rząd na koniu i cudnej roboty miecz przypięty do skórzanego siodła i kolekcja trzech różnej długości sztyletów przypiętych do pasa, pod opończą. Trzymał też pod nią lewą rękę, jakby coś ukrywając. Wydawać się mogło, że nie boi się nowych przygód, niekiedy niebezpiecznych, na które w przeszłości był narażony. Widać to było po jego żywej twarzy, a kto go poznał mógł stwierdzić, że ten człowiek jest stworzony do podróży i przygód - miał to we krwi od chwili poczęcia.
- Nic nie widać przyjacielu.- powiedział podróżnik do konia.- Gdyby nie twoja noga już dawno bylibyśmy w Curimie.- koń prychnął z pogardą i odwrócił głowę od swojego pana.
- Spokojnie przyjacielu, nie mam ci tego za złe.- i delikatnie poklepał konia - do tego jeszcze zboczyliśmy z traktu. - westchnął i ruszył dalej przez puszczę.

Podróżnik wyglądał na młodego człowieka, ludzie nie dawali mu więcej niż dwadzieścia lat. W rzeczywistości był jednak trochę starszy, świadczyć mogła o tym choćby jego wiedza, na praktycznie wszystkie tematy. Był nietypowym człowiekiem, wśród swojego dobytku każda prawie rzecz pochodziła z innej prowincji. Siodło i uprząż kupił od wschodniego łowcy koni, jak potocznie nazywało się ludzi znających się na koniach i polujących na nie. Opończa z dobrego, mocnego materiału pochodziło z północnych granic królestwa Eorla. Miecz zaś odziedziczył po ojcu, który był wojownikiem klanowym, bohaterem Wojen Klanów i patriotą. Podróżnik był Varnijczykiem, a jedynym dowodem na to był naszyjnik wykonany z tego samego kruszcu co jego miecz. Jego miecz był schowany w skórzanej, podwójnie utwardzanej pochwie, wydawał się być nadzwyczaj lekki. Klinga była idealnie wyważona, nie można jej było praktycznie złamać, podczas kucia została pokryta specjalnym rodzajem oleju wytwarzanego tylko w Varnii, co czyniło z wojowników z tamtych regionów wschodu lepiej wyposażonych niż ludy Zachodu.

Rumak podróżnika również pochodził z obcych stron. Był prawdziwą rzadkością; był Andarulijczykiem, a Andarulia zatonęła pół wieku temu. Konie stamtąd były odporne na wszystkie choroby, miały dużą zwrotność, były bardzo szybkie i żyły o wiele dłużej niż ich północni bracia. Inną ważną zaletą tych rumaków było to, że potrafiły udźwignąć nawet dwóch ciężkozbrojnych rycerzy, co bardzo odpowiadało właścicielom tych zwierząt, bo wojownicy gotów byli płacić za nie nawet do dwunastu tysięcy denarów, a za to można było kupić kilka hektarów ziemi.

Z oddali podróżnik dosłyszał głosy. Uradował się wielce, ponieważ teraz nie musiałby szukać leśnika samemu, miał nadzieję, że owi osobnicy znają ten las. Z większym entuzjazmem prowadził konia kierując się uchem. Po kilku minutach w końcu natrafił na grupkę strasznie hałasujących osobników. Osiedlili się w otwartej polanie, na jej środku rozpalili ognisko, a swój dobytek porozrzucali po całej przestrzeni. Niezdarnie pozszywane torby, dziwne narzędzia oraz cała masa oręża dała mu do zrozumienia, że ma do czynienia najprawdopodobniej ze zbójcami. Znęcali się właśnie nad jakimś nieszczęśnikiem obdarowując go kopniakami i cięciami sztyletów.
- Jest ich tylko siedmiu.- mruknął sam do siebie przybysz. Odgadł też, że są to krasnoludy. Odwrócił się do konia i spojrzał na swój miecz. Obejdzie się bez niego. Uśmiechnął się, zaczepił lejce wierzchowca o gałąź i wyszedł zza drzew, nieświadomie zostając jednak w półmroku. Krzyknął radośnie i zacisnął rękę na przedmiocie, który trzymał w lewej ręce, pod opończą.
- Hej przyjaciele!- efekt był niezwykle śmieszny. Krasnoludy poprzewracały się ze strachu, tylko ich dowódca stał bez ruchu wpatrzony w swoją nową ofiarę. Oblizał wargi i kopnął swojego towarzysza.
- Wstawajcie pierdoły! Wstawajcie prędko! Zaraz napełnimy nasze sakwy!
- A przepraszam jaśnie pana krasnoluda, czym je napełnicie?- spytał szyderczo podróżnik, nadal się uśmiechając. Płomienie przygasającego ognia tańczyły na jego twarzy czyniąc go jeszcze bardziej złowieszczym niż dotąd wydawał się krasnoludom. - Twoim złotem parszywcu, a jeśli ci to nie odpowiada to krwią!- warknął dowódca.- Oddawaj wszystko co masz, a może nie rozwalę ci mordy.
- Uwolnij tego, nad którym musieliście w siódemkę iść.
- Pocałuj mnie w dupę, szujo. Dawaj pieniądze i odejdź, a jeśli chcesz zgrywać bohatera, to nie tutaj nędzna człeczyno. Jeden cios mojego topora, a twój zapchlony łeb potoczy się przez ten las.
- Ech ... Jestem zmęczony. Nie mam zamiaru przelewać dzisiaj krwi.- odpowiedział obojętnie przybysz uważnie przyglądając się uzbrojeniu zbójców. Dowódca miał przemówić, lecz jego sługus coś mu szepnął. Krasnolud uśmiechnął się szeroko i rzekł pewniejszym tonem.
- No no ... Co to za wałach tam za tobą? Koń króla nie mógłby być lepszy. Chyba oddasz nam jednak konia przyjacielu.
- Nie jest wałachem krasnoludzie, a prędzej zginę, lub on sam zginie niż odda się w wasze ręce.
- Psie! Próżniaku! Jedno jeszcze słowo, a osobiście wyrwę ci serce! Oddawaj wszystko co masz, a skończy się tylko na podbitym oku. Nie masz szans walczyć z nami w pojedynkę, nie masz nawet miecza biedaku.- na to przybysz parsknął szyderczym śmiechem i o mało nie zrzucił przypadkowo opończy.
- Myślisz, że w pojedynkę i bez miecza nie dam sobie rady z takimi krasnoludami pokolenia Horena?
- Dość kurwa tego!- ryknął krasnolud urażony tym przekleństwem. Chwycił pewniej swój topór.- Zabić tego sukinsyna, podwójna nagroda dla tego, kto mu pierwszy rozwali łeb!- i trzech pierwszych brodaczy rzuciło się w stronę podróżnika. Ponieważ krasnoludy(oprócz wytrawnych krasnoludzkich łowców smoków) nie znały się na produkcji i właściwym użyciu kusz ich napinanie przysporzyło zbójom mnóstwa kłopotów(nie mogli znaleźć małej korbki w podwójnej kuszy) i tylko jednemu udało się nałożyć bełt na cięciwę. W tym czasie podróżnik gwałtownie zrzucił opończę, wycelował swoją kuszą w najbliższego napastnika i wystrzelił pocisk. Trafił w brzuch. Z drugim nie było inaczej i krasnolud padł martwy, a uprzedni szczęśliwiec, który właściwie nałożył bełt na cięciwę nie trafił w przybysza, tylko w plecy zbójca zamierzającego zadać człowiekowi cios.
- Durnie! Na niego idioci! Szybko!- wrzeszczał dowódca popychając krasnoludy do przodu. Podróżnik rzucił swoją broń strzelecką na ziemię, wyjął z pochew dwa sztylety, wycelował i trafił najbliższego z napastników w szyję. Z łatwością uskoczył przed ciosem z góry kolejnego krasnoluda i pchnął go dwa razy w plecy. Pozostali dwaj zawahali się.
- Do przodu! Zabić go! ZABIĆ GNOJKA!- zbójcy przerażeni krzykami swego dowódcy jak i zręcznością swego przeciwnika desperacko pobiegli na swego przeciwnika. Ten wyjął z pochwy ostatni z noży i z niezwykłą szybkością odparowywał każdy z ataków. W końcu zadał swojemu bliższemu przeciwnikowi ostateczny cios przecinając jego szyję. Widząc również zagrożenie ze strony drugiego zrobił przewrót w tył i kopnął krasnoluda w krocze. Wstał prędko, uderzył go pięścią w twarz i wepchnął do ognia. Przez chwilę słychać było tylko krzyki płonącego, a po nich ciche przekleństwa niedawnego dowódcy grupy zbójców.
- I co teraz mości krasnoludzie? Ostrzegałem.- powiedział łagodnie człowiek. Krasnolud nie mógł wyjść na pokonanego bez zemsty. Instynktownie porwał z ziemi z kawałkami trawy, naładowaną kuszę i wycelował w nią w przybysza. Mimo licznych prób, pocisk nie wyleciał. Trawa zablokowała mechanizm. broni Krasnolud zaczął się powoli cofać, potem coraz szybciej. W końcu zaczął biec, jednak sztylet, który przeszył jego plecy nie pozwolił mu na dalszą ucieczkę. Dysząc ciężko, próbował pełznąć, lecz czyjaś noga przyparła go do ziemi.
- Ostrzegałem krasnoludzie, nie chciałem dzisiaj zabijać.- czyjś, już nieznajomy głos, szepnął mu te słowa do ucha. Przez krótką chwilę zbój leżał na ziemi kwicząc z bólu. Poczuł krótki, lecz piekielnie mocny ból w karku, a potem wyzionął ducha.

Przybysz wytarł krew z klingi o płaszcz martwego zbójca, pozbierał z pobojowiska swoje sztylety i podniósł z ziemi kuszę, sprawdził czy wszystko było z nią w porządku. Bronie wrogów poskładał na jedną kupę, przy swoich jukach. Otrzepał opończę i podszedł do wijącego się na ziemi człowieka. Przyjrzał mu się dokładnie. Jego twarzy była mocno poobijana, na brwiach miał zaschniętą krew. Gdzieniegdzie na ciele dostrzegł również znaczne ślady noża. Podróżnik rzeczywiście znalazł nóż którym zadano rany. Była to broń pochodząca z Północnych Krańców odznaczająca się jelcem wysuniętym ku dołowi. Wojownik powąchał jego ostrze i odetchnął szczęśliwy, nóż nie był zatruty. Zdarł z rannego, zakrwawione, poszarpane ubranie i wrzucił je do ognia, smród dymu był teraz prawie nie do zniesienia. Podszedł do swego konia, wyjął z juki nitkę i igłę i zręcznie pozszywał rany. Podczas pracy nad opatrywaniem ran, leżący wydawał jakieś niezrozumiałe jęki, które co jakiś czas układały się w słowo "dziękuję", na co jego wybawca kiwał przyjaźnie głową. Po skończonej pracy dał rannemu napić się wody z bukłaka i nasmarował rany esencją z eregarckich ziół. Leżącego owinął swoją opończą, aby nie zmarł, a na podparcie pod głowę dał mu swoją jukę z dodatkowymi ubraniami. Sam zaś zajął się uprzątnięciem zwłok z polany. Nim wrzucił ciała do ognia przeszukał ich dokładnie i znalazł kilka butelek piwa, jedzenie, jakieś bezwartościowe klejnoty i całą wypchaną sakwę denarów, którą ochoczo zachował dla siebie.
- Strasznie śmierdzi, mogłem ich normalnie pochować, do tego pewnie odstraszyłem zwierzynę.- mruknął przybysz sam do siebie, siedząc przed ogniskiem i posilając się resztkami żywności, które "zostawili" mu zbójcy. Z drugiej strony cieszył się, że ich spalił, bo kopanie w ziemi zajęłoby mu o wiele więcej czasu, a był bardzo zmęczony.

Ogień powoli przygasał. Była już późna noc, podróżnik stwierdził, że czas spać, a jutro czekała go długa podróż. Przyjrzał się dokładnie polanie. Jak dla niego była zbyt otwarta by móc w niej nocować, ale przenoszenie rannego i nowe usadawianie się nie należało do przyjemnych myśli, toteż ściągnął z konia swoje wszelakie dobra i uwiązał go. Położył się na trawie, przykrył się uprzednio wyjętym kocem, a za poduszkę służyło mu końskie siodło. Drażnił go smród płonących zwłok, ale jakoś zwalczał niesmak.
- Jutro będzie mniej śmierdzieć, byleby tylko koń wytrzymał.- mruknął. Długo walczył ze swoim nosem i tym okrutnym zapachem, w końcu jednak zasnął.

Miał bardzo dziwny sen, leżał w ty samym miejscu w którym znajdował się obecnie i również spał. Patrzył na swoją zmęczoną twarz i wspominał młodzieńcze czasy, później nucił Pieśń o Podróżniku, aż nagle z nieba zstąpiła jakaś dziwna niebieska łuna i opadła na polanę, tworząc niezapomniany klimat ładu i czystości.

Zobacz tez

Skomentuj prace

Dodaj komentarz
Pseudonim
Tresc
User Gość
Data 2010-09-07 15:03:58
Zapisywanie
Shoutbox
[ 2010-01-31 09:24:28 ] Maciek: Ale co?
[ 2010-01-31 12:02:59 ] KRISS221i: avatar z góry zaczełem czytać
[ 2010-01-31 12:14:42 ] Maciek: Ahaaa. Ja nie oglądałem. Jeszcze.
[ 2010-01-31 12:26:32 ] KRISS221i: i nie polecam
[ 2010-01-31 15:49:03 ] Merrik: A bł ktoś może na Parnassusie?
[ 2010-01-31 16:19:30 ] Misiael: Dziś o 23:30 chcę Was widzieć przed telewizorami - na TVP 2 będzie retransmisja najlepszego koncertu ostatenigo dziesięciolecia.
[ 2010-02-01 21:31:31 ] Maciek: Kurczę, że też musiałem to przeczytać dopiero dzisiaj.
[ 2010-02-02 18:12:29 ] Sherrax: To była ściema w programie nigdzie nie pisało "jlepszego koncertu ostatenigo dziesięciolecia."
[ 2010-02-04 21:07:02 ] El Daniel: Parnassus zajebisty. chyba ze ktos nie lubi odkreconych filmow w dodatku z nuta rozkminy smile
[ 2010-02-04 21:07:23 ] El Daniel: telewizja kłamie. albo program telewizji xd
[ 2010-02-17 20:26:07 ] Dracula: ha, no to semestr do przodu big_smile
[ 2010-02-25 19:22:33 ] Maciek: Ano
[ 2010-02-25 23:12:54 ] El Daniel: co tam! jp na 100%?
[ 2010-02-27 22:56:41 ] Maciek: Oooo nieeeee.
[ 2010-04-07 22:12:07 ] Maciek: Skąd to pytanie w ogóle?
[ 2010-05-24 23:09:44 ] Maciek: ...
[ 2010-06-06 13:14:14 ] babol xD: stęskniłam się za Wami big_smile tylko neta ni mam..
[ 2010-06-06 13:15:51 ] babol xD: pozdrowionka dla wszystkich smile
[ 2010-06-07 00:05:31 ] Maciek: Dzięki, wzajemnie!
[ 2010-06-24 13:10:35 ] Sherrax: siema
[ 2010-06-24 13:11:06 ] Sherrax: Byl ktos na       Sonisphere Festival ?  big_smile
[ 2010-06-25 01:16:04 ] Maciek: big_smile Wiem, że to nie na miejscu pytanie, ale co mi tam: A co to jest? ;]
[ 2010-06-28 22:58:51 ] Firn: Siema ; p
[ 2010-06-28 23:27:58 ] Maciek: Cześć.
[ 2010-07-13 10:35:32 ] Lola Lola: Dzień dobry smile
[ 2010-07-14 22:51:37 ] Maciek: A dzień dobry, dzień dobry, witamy, prosimy.
[ 2010-08-19 21:18:25 ] avelina: Witam, witam:) o zdrowie nie pytam, ale...Jedzie ktoś na Coke Live Music Festival??smile
[ 2010-08-24 11:57:05 ] Lola Lola: Był ktoś na woodstocku? smile
[ 2010-08-30 21:47:46 ] Sherrax: Nie ale byłem w czoraj na Swinipasie w Kultowej w katosach
[ 2010-09-06 11:06:00 ] Maciek: I jak?
Zarejestruj się żeby pisać w shoutboxie.
reklama Fanlista
© by Opowiadania 2006 - 2010 oparte na silniku Puklerz kontakt z adminem osób online: 7 Google-Pagerank.pl - Pozycjonowanie + SEO