Opowiadania odważnych dla odważnych

Ci, co milczą, wykazują najwyższe poczucie odpowiedzialności za słowo.
- Jacek Wejroch

Autor: elle20
Data dodania: 2009-07-20 21:57:16
Rozmiar czcionki zmniejsz zwieksz
Oceny 5 ocen: 1
Odslon: 414
Dodatkowe: Wyślij ten adres znajomemu
Widok do druku drukarka

"Dwa oblicza" - 16 cz. "Rzeka"

OpisCD - dodaje nową część przed moim wyjazdem. Nie wiem kiedy będzie następna
Tresc
Kto by pomyślał, że będę miała okazję poznać jego rodzinę? Całą? I to za jednym razem? Nikt. Nawet o tym nie marzyłam. Od razu wzięli mnie na głęboką wodę, no bo niby po, co mieli się ze mną cackać? Byłam silna i dałam sobie radę.
      Muszę jednak się przyznać, że zżerała mnie straszna trema. Jak ja miałam niby podołać tylu osobom naraz? Łudziłam się, że są tacy jak Jonathan i będą dla mnie mili. Chociaż trochę. Cały tydzień stresowałam się przez ten wspólny posiłek. Możliwe, że on podobnie się czuł, kiedy we wcześniejszy weekend jadł u mnie. 
      Jechałam przez las stałą trasa do Port Angeles, ale skręcałam kilometr za wyjazdem z mojego domu. Nie mieszkaliśmy daleko od siebie. W sumie i dobrze. Im krócej jechałam, tym mniej się denerwowałam i szybciej mogłam ich poznać.
      Droga do ich domu wiodła przez las. To było z resztą zrozumiałe. Mieszkaliśmy przecież na terenie Parku Narodowego Olympic. I to mi odpowiadało. Obcowanie z przyrodą podobało mi się coraz bardziej. Nawet Aleks i jego dziwne słowa oraz zachowanie, nie zniechęciły mnie do dalszych wypraw w głąb lasu.
      Pogoda sprzyjała. Słońce wisiało sobie wysoko na niebie i uśmiechało się do mnie pięknymi promieniami. Jak na listopadowy dzień było bardzo ciepło. Nie musiałam się nawet grubo ubierać, chociaż do samochodu włożyłam, na wszelki wypadek, dodatkowy sweter.
      Nie byłam pewna, co rodzina Jonathana planowała na tamten dzień. Miał to być obiad. Spodziewałam się też ogniska, chociaż pora roku nie była najlepsza na tego typu atrakcje. Może mieli w zanadrzu jeszcze inne rozrywki? Nie wiedziałam, w czym lubują się Indianie. Czułam się taka niepewna.
      Po jakimś czasie, między drzewami wyłoniły się budynki. Były dokładnie takie, jak sobie wyobraziłam. Sześć domów, które stało niedaleko siebie, było zbudowanych z drewna. A właściwie z dobrze wyheblowanych, półokrągłych desek. Dwa miały czerwoną dachówkę, jeden zieloną, a reszta brązową. Oprócz nich stały tam może jeszcze trzy szopy i kilka garaży na samochody.
      Miałam wrażenie, że była to jakaś ukryta w lesie wioska, którą zamieszkują jacyś pustelnicy. Niby odlegle, ale zarazem tak przytulnie i bardzo rodzinnie, że od razu oswoiłam się z tamtym miejscem. Mogłam tak patrzeć na to wszystko i czuć się szczęśliwa.
      Ale nie było mi to dane. Nie długo po tym, jak nadjechałam ktoś wyłonił się ze największego budynku, stojącego w centrum. Zgadywałam, że była to siedziba seniora rodu White.
      Zbliżał się do mnie wysoki mężczyzna, bardzo podobny do Jonathana, ale starszy od niego. Wysiadłam pośpiesznie z samochodu, żeby się przywitać.
- Ty jesteś Samanta? – zapytał z uśmiechem na twarzy.
- Tak – wyciągnęłam pierwsza rękę, tak jak wypadało – Samanta Crusoe.
- Mac White, ojciec Jonathana – nie do wiary.
      Jako pierwszego poznałam jego ojca. Byłam w szoku. Tego się nie spodziewałam. Że też od razu nie pomyślałam, iż to właśnie on. Ta twarz. No i podobnie jak mój przyjaciel, miał gorący uścisk.
- Bardzo mi miło pana poznać – odparłam po chwili ciszy.
- Mów mi po imieniu, tak będzie łatwiej – objął mnie ramieniem i poprowadził w stronę budynku, z którego wyszedł – Zapraszam do środka. Będziemy jedli u mojego ojca na balkonie.
- Brzmi sympatycznie – byłam lekko speszona jego śmiałością.
      Był taki otwarty i uprzejmy. Przeciwieństwo mojego ojca.
      Weszłam do domu niepewnie, wepchnięta przez Maca. Głupio mi było trochę mówić do niego po imieniu, ale jeśli tak sobie życzył, to co miałam zrobić? Nie chciałam go urazić.
- Chodźcie, gość już jest – przeszedł mnie dreszcz, kiedy zawołał wszystkich do przedpokoju.
      Miałam wrażenie, że zaraz zapadnę się pod ziemię. Nie czułam się samotna, bo inaczej się nie dało, ale taka ilość ciekawskich oczu mnie przytłacza. Chyba każdy odczuwałby to samo.
- To jest moja żona, Ritha – najpierw pokazała się drobna blondynka o zielonych oczach.
      Miała krótko ścięte włosy. Na jej twarzy występowały rumieńce. Jej skóra była tak samo jasna jak moja i wyglądała na moją rówieśniczkę, a nie na matkę trójki dzieci.
- Miło mi cię w końcu poznać. Jonathan tak wiele o tobie mówił – to mnie zaskoczyło.
      Nie tylko jej słowa. Ona była jego mamą. Nie mogłam się dopatrzeć jakiegokolwiek podobieństwa. On był więc na pół Indianinem, ale jego uroda mówiła zupełnie coś innego. Zapomniałam, jak określało się taki typ rasy, w sumie to mało mnie interesowało.
- Również o was opowiadał – przyznałam.
      Nadal była skrępowana, chociaż ich otwartość i uśmiechy na twarzach, powoli rozładowywały sytuację.
      Kiedy wprowadzili mnie do pokoju gościnnego, poznałam jeszcze kilka osób. W kuchni krzątały się kobiety: cztery ciocie Jonathana, Susan czarnoskóra żona Doma, Rosann żona Clarka, która spodziewała się dziecka, Fiona żona wuja Johna i Sandra, która była żoną Kevina i pracowała u mnie w szkole, w sekretariacie. Zaczęło mi się od wszystkiego kręcić porządnie w głowie. Ale każda z nich była dla mnie bardzo miła i zagadywała mnie o różne rzeczy. Pomogłam im trochę przy robieniu jedzenia.
      Cały czas zastanawiałam się, gdzie był Jonathan. Myślałam, że jako pierwszy mnie przywita i przedstawi całej rodzinie, a tu niespodzianka. Musiałam radzić sobie zupełnie sama, co nie koniecznie było mi na rękę. Patrząc na to stwierdzałam, że chyba nie szło mi aż tak źle. Jego ciocie i ojciec byli bardzo dobrzy dla mnie, więc szybko oswoiłam się z dookoła panującym gwarem. Potem dołączył jeszcze John, Kevin i Clark.
      Dom i reszta była na podwórzu i grała w ringo. Kiedy wyszliśmy na taras, zobaczyłam starsze małżeństwo siedzące wygodnie w fotelach i obserwujące, jak ich wnuki świetnie się bawią. Mężczyzna miał krótkie, szaro-czarne włosy zaczesane do tyłu. Nie wyglądał na sześćdziesięciolatka. Jego żona także miała siwawe pasma w czarnych włosach. Spięła je w prosty kok. Na jej twarzy było trochę zmarszczek, świadczących o wieku.
      Miło było na nich patrzeć. Miłość między nimi promieniowała z taką siłą, że aż bolał jej widok. Ale był to ból przyjemny i znośny. Kochali siebie nawzajem. Siebie i swoją rodzinę i to było piękne. 
- Dzień dobry – głupio było tak sterczeć gapiąc się na nich, więc postanowiłam się ujawnić.
      Oboje popatrzyli na mnie z ciekawością, ale w ich oczach dostrzegłam jeszcze zaskoczenie i nutę przerażenia. Po chwili jednak oboje się do mnie uśmiechnęli, chociaż nadal nie wiedziałam, jak mam zareagować.
- Witam, ty musisz być Samanta – kobieta podeszła do mnie – Lidia – uściskała, a potem dłonią dotknęła mojego policzka, patrząc głęboko w oczy – Masz dobre serce – zdziwiła mnie.
- Naprawdę? - wydukałam zszokowana.
- Widzę to w tobie. Może zbyt szybko ci o tym powiedziałam, ale tak jest. Dostrzegłam też siłę i niezwykłą ilość energii – przeszedł mnie jakby dreszcz.
      Pierwszy raz spotkałam się z czymś takim. Mówiła mi o tym, jaka jestem. Babcia Jonathana była... Zabrakło mi słów. Przewidziała coś, weszła w moje wnętrze? Co to było?
- To ciekawe, co pani mówi – uśmiechnęłam się nieśmiało.
      Wszyscy byli tacy otwarci, że aż mnie to przytłaczało. Z drugiej strony chciałam, żeby i moja rodzina była taka sama. Może nie koniecznie w stosunku do obcych, ale między sobą mogliśmy być bardziej szczerzy.
- Mów mi po imieniu – przeszedł mnie dreszcz.
- Ale... - chciałam zaprotestować.
- U nas w rodzinie tak jest. Nie musisz się tym przejmować – jej twarz była taka miła.
      Małe, brązowe oczy, ale bardzo głębokie, zaglądały do mojego wnętrza. Nie wiedziałam, co dostrzegły. Może mój strach i jednoczesną fascynację, tymi ludźmi. Usta dookoła, których było kilka zmarszczek, wyrażały taką serdeczność, że nie mogłam jej niczego odmówić. Lidia była najmilszą kobietą, w tym wieku, jaką udało mi się poznać życiu. Dostrzegłam w niej też mądrość i zaufanie.
- To jest mój mąż, Beniamin – wskazała dłonią na starszego mężczyznę.
      Podszedł zdecydowanym krokiem i podał mi rękę.
- Miło pana poznać – wydukałam.
      Biła od niego powaga. Bałam się jakoś na niego patrzeć. Był seniorem rodu i chciałam go traktować z szacunkiem.
- Również – oszczędzał słowa.
- Jaka ona podobna do Diany – Lidia znowu się odezwała, a ja zamarłam.
      To imię mówiło mi coś istotnego? Uniosłam brwi do góry ze zdziwienia, a potem zmarszczyłam je, bo próbowałam sobie przypomnieć, o kogo im chodzi.
- Tak – odburknął patrząc na nią gwałtownie.
- Kim jest Diana? - zapytałam, bo moja pamięć mocno mnie zawodziła.
- Diana Crusoe – powtórzyła kobieta i nagle sobie przypomniałam – To była chyba twoja ciocia.
- Tak, siostra mojego dziadka – znałam jej historię.
      Tak jak wszyscy. To po niej odziedziczyłam rude włosy i piegi. Niestety jedynym faktem, którym znałam, była jej nagła śmierć. Kiedy pytałam dziadka często milkł.
- Znali ją państwo? - kolejne pytania.
      Czyżby świat był tak strasznie mały? Jak to możliwe? Jaka ona była?
- Poznaliśmy ją, kiedy byliśmy niewiele starsi od ciebie – zauważył mężczyzna.
      Czekałam aż powie coś więcej, ale nic nie dodał. Kim była, że tak to ukrywano? Miałam kolejne rzeczy do rozmyślania. Może w końcu udałoby mi się wyciągnąć coś od mojego dziadka albo taty.
- Jonathan – Lidia wychyliła się przez poręcz i zawołała mojego przyjaciela, ja natomiast patrzyłam niewzruszenie na jego dziadka.
      Byli bardzo do siebie podobni. To było niezwykłe. Te same oczy, brwi, nos i usta. Czy tak miał wyglądać Jonathan, kiedy się zestarzeje? Jeśli tak, to nadal będzie bardzo przystojny. Jednak czy i on miał budzić respekt i grozę otoczenia? Spojrzenie Beniamina było niby ciepłe, ale jednocześnie zimne. Mogłam się go nawet bać.
- Chodź już, twój gość na ciebie czeka – dopiero po chwili popatrzyłam na podwórko.
      Mój przyjaciel grał w ringo z resztą kuzynostwa i nawet nie zauważył, kiedy się zjawiłam. Może przyjechałam zbyt wcześnie? Albo o mnie zapomniał? Nie. Zganiłam siebie za tę myśl. On by o mnie nie zapomniał. Pewnie mu czas szybciej minął, kiedy był zajęty.
      Po chwili jednak obrócił się w moją stronę i pomachał mi. Uśmiechnęłam się do niego. Podbiegł do mnie nienaturalnym dla siebie tempem i stanął tuż przede mną lekko zdyszany. Chyba udawał. Przede mną, czy przed rodziną?
- Długo tu jesteś? - zapytał zdziwiony.
- Nie wiem, może godzinkę już – zachciało mi się śmiać.
- Od godziny? Czemu mi nikt nic nie powiedział? - spojrzał zachmurzony na wujków i ojca.
- Zajęliśmy się nią – zauważył Mac – Nie była sama – uśmiechnął się do syna – Prawda, Sam?
- Oczywiście – przytaknęła.
      Jak mogłabym zaprzeczyć, skoro i tak byli dla mnie bardzo mili. I to wszyscy. Bez wyjątku. Co prawda nie miałam jeszcze okazji poznać młodszych członków tego klanu, ale miało to nastąpić nie długo. 
- Wszyscy byli dla mnie bardzo mili – przyznałam.
- Mam nadzieję, że nie narobiliście mi wstydu – zaczął się śmiać, a razem z nim cała reszta.
      Byli tacy inni. Przyciągali mnie jednak do siebie, jak do ognia, ale w tym wypadku nie miałam spłonąć. Nie byłam więc na niego zła.
- Przedstawię cię młodej części naszej rodziny – objął mnie ramieniem.
      Poczułam się skrępowana. Tak po prostu, bez zawahania, przy rodzinie? Zrobiło mi się strasznie gorąco. Nie patrzyłam na twarze członków jego rodziny, by nie spotkać przypadkiem jakiejś nieprzyjaznej miny. Miałam wrażenie, że tak też mógł zareagować jego dziadek. Dziwnie na mnie patrzył. Na nas, kiedy Jonathan się do mnie zbliżył.
- Jak się czujesz? - zeszliśmy po schodach na podwórze.
      Było ono wielkie. Łączyło ze sobą wszystkie zabudowania w tej części lasu. Z daleka dostrzegałam rzekę, która płynęła bystrym nurtem i nadawała otoczeniu magii swoim szumem. Na samy środku ogrodu, jeśli tak mogłam to nazwać, znajdowało się palenisko. Możliwe, że często urządzali tutaj wspólne ogniska. Bliżej głównego domu był pusty plac ziemi, zapewne go różnych gier i zabaw, jak ringo, w które akurat grali. Po lewo były posadzone jakieś krzewy i drzewa owocowe oraz warzywa. Całą przestrzeń wypełniał zapach świerków i sosen oraz jedlic.
- Bardzo dobrze – odparłam odsuwając się od niego.
      Zdziwiło go to lekko, ale po sekundzie wyprostował się i szedł równo ze mną.
- Masz fajną rodzinę. Takie jest moje pierwsze wrażenie – dodałam krótko, co wywołało u niego szeroki uśmiech.
- Poznaj resztę – zbliżyliśmy się do grupki najmłodszych.
      Ogarnęłam ich wszystkich wzrokiem. Byli bardzo do siebie podobni, chociaż były elementy, które ich różniły. Włosy, kolor skóry, spojrzenie, wzrost, no i płeć. Patrzyli na mnie z zaciekawieniem.
- To mój brat Brian – wskazał dłonią na wysokiego chłopaka.
      Był tak samo barczysty i umięśniony, jak Jonathan. Jego oczy miały ten sam wyraz, jednak były koloru zielonego. Zapewne po matce.
- To jest Ruth, moja siostra – wskazał na blondynkę o ciemnych oczach.
      Jaka ona była piękna. Pierwszy raz widziałam dziewczynę o takiej urodzie. Ciemna, miedziana skóra i jasne włosy. Nawet nie kontrastowały tak ze sobą, jak mogłoby się to wydawać. Takie połączenie dawało niesamowity efekt.
- Reszta to kuzynostwo – uśmiechnął się łobuzersko.
      Zgadywałam, że nie chce mu się wszystkich przedstawiać, ale z imienia by mógł.
- Samanta – wydusiłam nieśmiało.
- Już powiem, jak mają na imię – udał, że to strasznie dla niego trudne – Od lewej: Nick, Simon, Fanny, Rosalie, Steven i Clarie. 
- Miło mi – starałam się uśmiechać przez cały czas.
      Nie wiedziałam jednak, jak mnie postrzegają. Kim ja właściwie byłam? Przedstawiał mnie jako kogo? Prezentacja koleżanki ze szkoły, całej rodzinie?
      Najwyższa dziewczyna, Fanny, dziwnie na mnie patrzyła. Miała w spojrzeniu tyle agresji. Zupełnie jakby nałykała się adrenaliny w tabletkach. Ostrości dodawała jej krótka fryzura i szerokie ramiona. Była bardzo wysportowana. Inne dziewczyny były w stosunku do niej bardzo drobne.
      Zgadywałam, że jej siostrą była Rosalie. Miała kruczoczarne, długie do pasa włosy, które lśniły w słońcu. Mogła być w wieku mojej siostry. Uśmiechała się do mnie serdecznie.
      Podobnie jak Clarie, kolejna piękność w rodzinie. Ta z kolei miała niezwykły odcień skóry. Niby czekoladowy, ale też i miedziany. Nie wiedziałam, czy w ogóle istniało określenie na taką rasę. 
- Gramy dalej? - zapytał najmłodszy z nich, Simon.
- Grasz z nami? - obok mnie stanęła Ruth – Przydasz się, będzie parzyście. Wujek Dom poszedł po drewno i brakuje nam teraz gracza.
- Pewnie – odparłam tak entuzjastycznie, jak tylko mogłam.
      Gra była przyjemna. Naśmiałam się za wszystkie czasy. Chłopcy wygłupiali się, a dziewczyny chichotały, co chwilę. Nigdy nie miałam okazji tak dobrze się bawić. Rodzinna atmosfera wypływała z tego miejsca, jak ta rzeka, która płynęła niedaleko. Orzeźwiała rośliny i dawała życie. Oni ożywiali mnie. Przepełniała mnie radość.
      Muszę przyznać, że grałam wtedy po raz pierwszy w ringo. Jakoś nie miałam wcześniej okazji. Nauczyłam się szybko, jak na pojętnego ucznia przystało i okazało się, że byłam całkiem niezła. Jak w każdym sporcie.
      Kiedy ponownie próbowałam złapać lecący w moją stronę krążek, rzuciłam się za nim w bok i wpadłam z impetem na Jonathana. Stał on jednak nieruchomo, a ja odbiłam się od niego, jak kauczuk i runęłam na ziemię.
- Nic ci nie jest? - usłyszałam nad sobą jego głos.
      Byłam oszołomiona. Nie miałam pojęcia, że był taki twardy. Znałam jego siłę i wiedziałam, że był wysportowany, ale nie sądziłam, że aż tak. Chwyciłam się za głowę, bo ukazały mi się przed oczami gwiazdki, jak w jakiejś kreskówce. Musiałam chwilę pomyśleć zanim odpowiedziałam.
- Może ma wstrząs mózgu – kolejny głos, ale damski.
- Żyjesz? - otworzyłam oczy i ujrzałam jego twarz.
      Pochylał się nade mną z zaniepokojeniem. Ta troska w spojrzeniu. O mały włos znowu nie zobaczyłam dziwnych rzeczy przed oczami. To on zaczął mnie oszałamiać.
- Tak, nic mi nie jest – nadal kręciło mi się w głowie, ale wiedziałam, że za moment mi przejdzie.
- Normalnie szacunek – obok niego stał Steve – Kiedy to ja się z nim zderzyłam, nawet nie drgnął, a ty go przesunęłaś – chciało mi się śmiać.
- To rzeczywiście osiągnięcie – reszta też chichotała.
- Mogła sobie coś zrobić – odparł mój przyjaciel.
      Był poważny. I to bardzo.
- Lepiej, jeśli pójdziesz sobie usiąść na tarasie – podał mi dłoń i pomógł wstać.
- Nic mi nie jest – pech chciał, że moje ciało temu zaprzeczało.
      Zachwiałam się lekko opierając się o jego ramię. Byłam zła na siebie za okazanie słabości.
- Widzę – uparciuch – Odpocznij, powinnaś – jego oczy świdrowały mnie z taką siłą, że za chwilę miał mi się wwiercić do świadomości.
- Nie mam zamiaru – uniosłam jedną brew i zacisnęłam szczęki.
- Daj spokój, bracie – dobrze, że Brian stanął między nami, bo jeszcze doszłoby do rękoczynów – Joe...nathan, trzeba pomóc wujowi – zauważył.
      Z daleka było widać Doma, jak niesie jakieś wielkie gałęzie. Może mieli zamiar zrobić ognisko? Jonathan nie odrywał ode mnie wzroku przez kilka sekund, a potem poszedł pomóc razem z innymi.
- Chodź Sam, poustawiamy jedzenie – Ruth chwyciła mnie za ramię i pociągnęła w stronę domu – On jest z nas najbardziej uparty – zauważyła.
- Wiem – przyznałam.
      W sumie to dopiął swego. Zmierzałam do bezpiecznego miejsca, by pokrzątać się trochę po kuchni. Potem ustawiałam z innymi półmiski na wielkim stole, który stał na tarasie. Dopiero wtedy mogłam się mu dobrze przyjrzeć. Miał trzy metry długości, może nawet więcej. Jego nogi były solidne i walcowate. Wyrzeźbiono w nich jakieś zwierzęta. Wydawało mi się, że były to wilki. Blat był idealnie gładki, ale nie pokryto go żadnym lakierem.
- Podoba ci się – Sandra zauważyła mój zachwyt – Beniamin sam go robił.
- Jest piękny – przyznałam, ale wzmianka o dziadku, nie wzbudziła we mnie zbytniego entuzjazmu.
      Możliwe, że moje pierwsze wrażenie było mylne, ale on miał coś do mnie. Obserwował mnie bardzo dokładnie, a w jego oczach dostrzegałam jedynie zaciekawienie i tę powagę, która sprawiała, że przechodziły mnie dreszcze. Chciałam przekonać się, że nie miałam racji.
- Pracujesz u mnie w szkole, prawda? - zapytałam. Wiedziałam, że skądś ją znałam.
- Tak w sekretariacie. To ty powiadomiłaś dyrektora o bombie – zauważyła.
- Zgadza się. Nie wspominam tego miło – skrzywiłam się lekko, a potem uśmiechnęłam się, ona również.
      Nie udało nam się dalej rozmawiać, bo w jednej chwieli, na taras wkroczyła cała rodzina. Gwarny tłum otaczał mnie z każdej strony. Obserwowałam to wszystko, jakby z boku, będąc jednocześnie w samym centrum zainteresowania. Słyszałam śmiech, wesołe rozmowy i uwagi. Miłość dookoła krążyła i napełniała szczęściem. Ta rzeka uczuć dała mi kolejną dawkę energii.
- Jesteś gościem, więc pierwsza wybierz miejsce – Lidia zjawiła się koło mnie i dotknęła dłonią mojego ramienia.
- Dobrze – wybrałam sobie miejsce na środku jednego z dłuższych brzegów, tak aby widzieć wszystkich członków tej wielkiej rodziny.
      Obok mnie usiadł John, brat Beniamina. Był o wiele sympatyczniejszym i dowcipny. Z drugiej strony zajął miejsce Nick, a naprzeciw mnie Jonathan. Pewnie chciał mnie pilnować.
- Uważaj na Nicka – mężczyzna nachylił się w moją stronę i szepnął mi do ucha – To straszny podrywacz – uśmiechnął się zadziornie.
- Naprawdę? - zmarszczyłam brwi.
- No tak, w końcu jest moim wnukiem – zaczęłam się śmiać. Reszta nie wiedziała o co chodzi, a Fiona popatrzyła karcąco na męża – Ja tylko jej rad udzielam – udał niewiniątko.
      Nick był grzeczny. Nie podrywał mnie. Przyglądał się czasem uważnie. Miał tak samo ciemne oczy, jak większość rodziny White i kruczoczarne włosy. Był przystojny, to fakt, ale ja widziałam jedynie Jonathana.
      Przyglądałam się relacją, jakie panowały przy stole. Nikt się nie izolował. Wszyscy razem rozmawiali na jakiś temat. Śmiali się bardzo często, co przypadło mi do gustu. Odzywali się do mnie, pytając o różne ciekawe rzeczy. To było niesamowite. Byłam ciekawa, czy mojej rodzinie, też podobałyby się takie towarzystwo. Może pod ich wpływem, zmieniliby nasze.
- Przepraszam za spóźnienie – nagle po schodach weszła jeszcze jedna kobieta.
      Miała długie, rozpuszczone włosy w kolorze smoły. Ciemne oczy i rysy podobne do Lidii. Zgadywałam, że była to Lauren, ciocia Jonathana. Jej strój był bardzo barwny, ozdobiony koralikami i rzemykami. Zupełnie jak z jakiegoś filmu o Indianach. Na ramieniu siedział jej szop, co trochę mnie zdziwiło.
- George był dzisiaj strasznie marudny – odparła z lekkim oburzeniem.
      O kim mówiła? Pewnie o swoim mężu.
- Siadaj – dłonią Ben wskazał jej wolne miejsce.
- Czekaj – uśmiechnęła się, patrząc na mnie – Co to za Ognista Dziewczyna? - zapytała.
- To moja przyjaciółka – Jonathan odezwał się uprzejmie.
- Niezwykła, doprawdy – podeszła do mnie bliżej – Lauren jestem, a to jest George – wskazała na szopa, który wyciągnął do  mnie łapkę.
- Samanta – zdziwiłam się po raz kolejny – A więc to jest George, miło cię poznać – uścisnęłam mu łapkę.
- Lubi cię – kobieta zaczęła się śmiać, podobnie jak reszta rodziny – Ja też – to spojrzenie przeniknęło mnie na wskroś.
      Usiadła i dołączyła do dalszej dyskusji na jeden z tematów przewijających się podczas posiłku. Kiedy ustawałyśmy jedzenie na stole, miałam wrażenie, że było go za dużo, nawet na dwadzieścia osób. Tym czasem z każdą minutą zostawało go coraz mniej. Członkowie tej rodziny, zwłaszcza mężczyźni mieli niesamowity apetyt. Jeszcze czegoś takiego nie widziałam. Ja osobiście nigdy nie jadłam mało, ale to przechodziło ludzkie pojęcie. To pewnie dlatego byli tacy silni i wysportowani.   
      Jedzenie się skończyło, a ja pomogłam posprzątać ze stołu. Dobrze, że Lidia miała zmywarkę, bo tak to by się wykończyła.
      Następnie znowu graliśmy w ringo. Tym razem byłam bardziej ostrożna, żeby nikogo nie znokautować. Jonathan miał jeszcze jakieś zastrzeżenia, ale reszta go przekonała, że powinnam zagrać. Byli po mojej stronie, całe szczęście.
- Idziemy się przejść? - kiedy była chwila przerwy, Jonathan podszedł do mnie i chwycił za ramię, nachylając się nad moją twarzą.
      Bezwarunkowo zrobiło mi się gorąco.
- Dobrze, musisz mi pokazać okolicę – uśmiechnęła się nieśmiało.
      Widziałam wzrok innych. Krzątali się przy gałęziach ustawiając je w wysoki stos, by potem podpalić. Ben nadal nie spuszczał mnie z oka.

Zobacz tez

Skomentuj prace

Dodaj komentarz
Pseudonim
Tresc
User Gość
Data 2010-09-10 01:27:43
Zapisywanie
Shoutbox
[ 2010-01-31 09:24:28 ] Maciek: Ale co?
[ 2010-01-31 12:02:59 ] KRISS221i: avatar z góry zaczełem czytać
[ 2010-01-31 12:14:42 ] Maciek: Ahaaa. Ja nie oglądałem. Jeszcze.
[ 2010-01-31 12:26:32 ] KRISS221i: i nie polecam
[ 2010-01-31 15:49:03 ] Merrik: A bł ktoś może na Parnassusie?
[ 2010-01-31 16:19:30 ] Misiael: Dziś o 23:30 chcę Was widzieć przed telewizorami - na TVP 2 będzie retransmisja najlepszego koncertu ostatenigo dziesięciolecia.
[ 2010-02-01 21:31:31 ] Maciek: Kurczę, że też musiałem to przeczytać dopiero dzisiaj.
[ 2010-02-02 18:12:29 ] Sherrax: To była ściema w programie nigdzie nie pisało "jlepszego koncertu ostatenigo dziesięciolecia."
[ 2010-02-04 21:07:02 ] El Daniel: Parnassus zajebisty. chyba ze ktos nie lubi odkreconych filmow w dodatku z nuta rozkminy smile
[ 2010-02-04 21:07:23 ] El Daniel: telewizja kłamie. albo program telewizji xd
[ 2010-02-17 20:26:07 ] Dracula: ha, no to semestr do przodu big_smile
[ 2010-02-25 19:22:33 ] Maciek: Ano
[ 2010-02-25 23:12:54 ] El Daniel: co tam! jp na 100%?
[ 2010-02-27 22:56:41 ] Maciek: Oooo nieeeee.
[ 2010-04-07 22:12:07 ] Maciek: Skąd to pytanie w ogóle?
[ 2010-05-24 23:09:44 ] Maciek: ...
[ 2010-06-06 13:14:14 ] babol xD: stęskniłam się za Wami big_smile tylko neta ni mam..
[ 2010-06-06 13:15:51 ] babol xD: pozdrowionka dla wszystkich smile
[ 2010-06-07 00:05:31 ] Maciek: Dzięki, wzajemnie!
[ 2010-06-24 13:10:35 ] Sherrax: siema
[ 2010-06-24 13:11:06 ] Sherrax: Byl ktos na       Sonisphere Festival ?  big_smile
[ 2010-06-25 01:16:04 ] Maciek: big_smile Wiem, że to nie na miejscu pytanie, ale co mi tam: A co to jest? ;]
[ 2010-06-28 22:58:51 ] Firn: Siema ; p
[ 2010-06-28 23:27:58 ] Maciek: Cześć.
[ 2010-07-13 10:35:32 ] Lola Lola: Dzień dobry smile
[ 2010-07-14 22:51:37 ] Maciek: A dzień dobry, dzień dobry, witamy, prosimy.
[ 2010-08-19 21:18:25 ] avelina: Witam, witam:) o zdrowie nie pytam, ale...Jedzie ktoś na Coke Live Music Festival??smile
[ 2010-08-24 11:57:05 ] Lola Lola: Był ktoś na woodstocku? smile
[ 2010-08-30 21:47:46 ] Sherrax: Nie ale byłem w czoraj na Swinipasie w Kultowej w katosach
[ 2010-09-06 11:06:00 ] Maciek: I jak?
Zarejestruj się żeby pisać w shoutboxie.
reklama http://www.e-ksiazka.it.pl - amatorskie ksiazki online, opowiadania autorstwa Wieslawa Paslawskiego.Fanlista
© by Opowiadania 2006 - 2010 oparte na silniku Puklerz kontakt z adminem osób online: 10 Google-Pagerank.pl - Pozycjonowanie + SEO