Jak Ali Popławski z upiorami się barował.
Nie znajdziecie dziś wielu Tatarów na kresach Rzeczpospolitej. Kilka rodzin w Kruszynianach, kilka w Bohonikach, Sokółce, nieco więcej w Białymstoku.
Dawno temu żyło ich tu jednak, co najmniej kilka tysięcy - rycerzy, muzułmanów i polskich patriotów.
Osadnictwo tatarskie na kresach wschodnich, rozpoczęło się na dobre, po szwedzkim potopie, po którym Polska wdała się w długą i bardzo wyniszczającą wojnę z Turcją. Królewski skarbiec świecił pustkami. Wojskom zaciężnym nie wypłacano żołdu.
W chorągwiach tatarskich, na Ukrainie doszło do buntu i większość nich, poza litewskimi, przeszła na stronę Turków.
Tak zwany bunt Lipków doprowadził do wielkich spustoszeń na zachodniej Ukrainie. Janowi III Sobieskiemu udało się jednak zdobyć Bar, co okazało się punktem zwrotnym tej historii.
W 1674 Król Obojga Narodów ogłosił amnestię dla wszystkich muzułmanów, którzy wrócą na służbę do polskiej armii. Tatarzy polscy przyzwyczajeni do swobód szlacheckich chętnie porzucili służbę u nieco inaczej tolerancyjnych Turków. Nie bez znaczenia, zapewne, pozostawała też królewska obietnica otrzymywania żołdu na równi z żołnierzami innych polskich oddziałów.
Mijały lata. Skarbiec Rzeczpospolitej nadal świecił pustkami. Jan III Sobieski sięgnął po dobra stołowe w wyniku, czego wsie; Kruszyniany, Łużany i Nietupa, Bohoniki, Drahle. Malewicze, Popławce, i wiele innych przeszły, jako zaległy żołd, na własność polskich Tatarów.
Jeden z folwarków otrzymał Ali. Oficer odznaczający się niepospolitą odwagą, mistrz wojny podjazdowej. Majątek składał się z kilkunastu dymów, kilkudziesięciu włók niezłej ziemi i kawałka puszczy pełnej dzikiego zwierza. Gospodarz, mężczyzna w sile wieku, choć nikczemnej postury odznaczał się znaczną siłą fizyczną i jeszcze większym uporem w dążeniu do wyznaczonych sobie celów.
Karczował Puszczę, hodował konie, zakładał pola, gromadził coraz znaczniejszy majątek. Po trzech latach gospodarowania ożenił się z ubogą szlachcianką z rodu Popławskich.
Niebieskooka, złotowłosa Julka dała mężowi nie tylko nazwisko, trzech synów, ale i poczucie zakorzenienia w tej trudnej i niezbyt urodzajnej krainie. Warto w tym miejscu wspomnieć, ze polscy Tatarzy, zachowując własną wiarę i obyczaje i naturalnie imiona, na mocy królewskiego prawa przyjmowali nazwiska polskich wybranek.
Ali Popławski okazał się być równie dobrym gospodarzem, co i żołnierzem. Za roku na rok pomnażał majątek, karczując Puszczę i hodując coraz więcej, głównie myszatych tarpanów. Koni bardzo wytrzymałych, cenionych zarówno w polu jak i na roli.
Jedną z ubogich chat w majątku nowego dziedzica zamieszkiwał Zbyszko, zubożały szlachcic wywodzący rodowe przywileje jeszcze z czasów Bolesława Chrobrego. Choć zwolniony z pańszczyzny, koso spoglądał na obrastanie w piórka tatarskiego sąsiada. W karczmie, którą odwiedzał kilka razy w tygodniu zwykł się Alemu odgrażać. Wąsacz nie mógł pogodzić się z bolesną asymetrią ich położenia. Pewnego listopadowego dnia po wyjątkowo długim pobycie w gospodzie, jak to wówczas mawiano zapaliła się w nim wódka. Zmarł, na rozstajach dróg niedaleko swej podpartej kołkiem chaty. Pochowano Zbyszka w rodzinnym grobie pod Sokółką.
Kilka dni po pogrzebie w majątku Alego zaczęło się źle dziać. Konie rżały po nocach, zmarł najsilniejszy z parobków, a wkrótce jego śladem poszło jeszcze trzech dobrych kmieci. Ludzie szeptali, że w wiosce grasuje upiór. Nikt nie opuszczał chaty po zmierzchu. Tajemnicze zgony jednak nie ustały. W ciągu zimy, w tajemniczych okolicznościach zmarło kilkanaście osób, mężczyzn, kobiet i dzieci.
Nadeszło przedwiośnie i chociaż po polach i łąkach wciąż hulały wschodnie wiatry, ganiając tabuny brudnego śniegu, w miejscach bardziej zacisznych pierwsze przyczółki zdobywała jakże wyczekiwana, wiosna.
Podmokłe olsy i żyzne grądy zakwitały kobiercem białych zawilców, po rowach rozchylały się złote płatki kaczyńców.
Słońce zapuszczało życiodajne promienie w leśne ostępy, przemieniając zwały zbitego śniegu w miliony strumyków, które w drodze ku morzom i oceanom formowały małe i wielkie rozlewiska. Przebiśniegi, przylaszczki, zawilce przeciskały się ku światłu, przez dywany zbutwiałych liści. Kwitła leszczyna i dereń. Na wierzbach pyszniły się pierwsze kotki. W lasach, a nieco później w borach, zakwitały turzyce.
Tego roku wiosna nie niosła jednak ze sobą radości. Wioska, co i rusz żegnała się z kolejnymi mieszkańcami. Wyjątkowa bladość trupów nie pozostawiała żadnych wątpliwości. Wątpierz zalągł się tu na dobre by wysysać krew sąsiadów. Co jednak niezwykłe rodzina Alego jak do tej pory nie ucierpiała. Kto wie, być może upiór zamierzał pozostawić ich sobie na deser.?
W początkach kwietnia, w drodze do Wilna, zawitał do wsi uczony kanonik krakowski Maciej Olkusz. Ali Popławski chętnie udzielił braciszkowi gościny. Ten wysłuchawszy przy wieczerzy miejscowych wieści doradził gospodarzowi sprawdzony sposób na wampiry. Zalecił odkopać zwłoki, uciąć głowę i umieścić ją w nogach trumny.
Nazajutrz rodzina Popławskich ruszyła w stronę Sokółki. Ali, wraz z synami uzbrojeni w kindżały i karabele, a Julka w krzyż i wianek czosnku. Dojechaliby za dnia gdyby nie złamana oś drewnianego wozu, której naprawa, u kowala w Kundzinie zajęła kilka godzin. Przybyli na cmentarz po zachodzie słońca, gdy upiory nabierają sił do swej nader egoistycznej egzystencji.
Trudno dziś rozsądzić, która broń – krzyż czy miecz, okazała się skuteczniejsza. Pamięć o bitwie z upiorami na sokolskim cmentarzu do dziś dnia jednak zachowała się w ludowej gawędzie. Zbyszka odkopano, i co nie było zaskoczeniem jego kilkumiesięczne już zwłoki okazały się być nienaruszone naturalnym rozkładem. Po zwycięskiej batalii zło we wsi ustało a rodzina Popławskich dochowała się jeszcze i córeczki ponoć wielkiej urody, choć o niezwyczajnie białej karnacji jak na dziecko tak smagłolicego ojca.
Tomasz Lippoman
www.bialowieza.com.pl